Słońce, woda i lody to coś, na co dzieci czekają cały rok! Hurra, coraz bliżej są wakacje! A w oczekiwaniu na nie słuchamy słonecznej piosenki. Coraz bliżej są wakacje. i przedszkola czas się kończy, już niedługo plecak wezmę, nowa czeka już przygoda. Ref. Przyszło do nas dzisiaj lato. Hej, dzieciaki!

Chodzi lato po bezdrożachZamawiam słońce na dwa miesiące i tylko pod drzewami cień. Nałapię echa pełen plecak wędrując cały dzień. Chodzi lato po bezdrożach, po drożynach, byle gdzie. Śpiewa lato łanem zboża, koronami starych drzew. Śpiewa lato łanem zboża, koronami starych drzew. Gdzie oczy niosą, nieznaną szosą ze swoim cieniem za pan brat. Za horyzontu jasnym kręgiem nieznany czeka świat. Chodzi lato po bezdrożach, po drożynach, byle gdzie. Śpiewa lato łanem zboża, koronami starych drzew. Śpiewa lato łanem zboża, koronami starych drzew. Zamawiam słońce na dwa miesiące i tylko pod drzewami cień. Nałapię echa pełen plecak wędrując cały dzień. Chodzi lato po bezdrożach, po drożynach, byle gdzie. Śpiewa lato łanem zboża, koronami starych drzew. Śpiewa lato łanem zboża, koronami starych drzew. ------------- Cygańska balladaCzy słońce na niebie, czy wieczór zapada, Wędruje po świecie cygańska ballada I śpiewa harcerzom w zielonych dąbrowach, Jak dobrze z balladą wędrować. Usiądzie ballada przy ogniu wędrowca I wrzuci do ognia gałązkę jałowca Kto raz się zachłysnął podobnym zapachem, Ten nigdy nie uśnie pod dachem. Wędruje ballada bez płaszcza i boso, Zasypia z księżycem, a budzi się rosą I doli cygańskiej na żadną nie zmieni Melodia szerokich przestrzeni. A kiedy harcerze do miasta odjadą Zostawią cię w lesie cygańska ballado. I może po roku, pod starym namiotem, Odnajdą balladę z powrotem. ---------- Czas powrotów Buty całkiem przemoczone Na nic się nie zdadzą komu. Plecak stary, płaszcz dziurawy... Czas powrotu, czas powrotu, czas powrotu, czas powrotu... Takie tu lasy i takie drzewa, Bezdroża, że nie sniło się nikomu... Coś we mnie tańczy, coś we mnie śpiewa I jeszcze nie chce mi się wracać do domu... x2 Resztki chleba na kolację, Smalec z puszki przesolony Mama w domu czeka z plackiem... Czas powrotu, czas powrotu, czas powrotu, czas powrotu... Takie tu lasy i takie drzewa, Bezdroża, że nie śniło się nikomu... Coś we mnie tańczy, coś we mnie śpiewa I jeszcze nie chce mi się wracać do domu... x2 ------ Czerwona róża, biały kwiatCzerwona róża, biały kwiat Czerwona róża, biały kwiat Wędruj harcerko, harcerko wędruj, Wędruj harcerko ze mną w świat. Jakżesz ja będę wędrować Jakżesz ja będę wędrować Będą się ludzie, ludzie się będą, Będą się ludzie dziwować. A niech się ludzie dziwują A niech się ludzie dziwują Harcerz z harcerką, z harcerką harcerz Harcerz z harcerką wędrują. Zawędrowali w ciemny las Zawędrowali w ciemny las Tutaj harcerko, harcerko tutaj, Tutaj harcerko obóz nasz. A kto nas tutaj obudzi A kto nas tutaj obudzi Kiedy daleko, daleko kiedy, Kiedy daleko od ludzi? Obudzi nas tu ptaszyna Obudzi nas tu ptaszyna Kiedy wybije, wybije kiedy, Kiedy wybije godzina. Godzina bije raz, dwa, trzy Godzina bije raz, dwa, trzy Wstawaj harcerko, harcerko wstawaj, Wstawaj harcerko do pracy. Harcerka wstawać nie chciała Harcerka wstawać nie chciała Ale rozkazu, ale rozkazu, Ale rozkazu słuchała. ----------- Czerwone róże sąOstatni szkolny dzień, przyszło się rozstać nam Pamiętnik dałaś mi, wpisałem właśnie tak: Czerwone róże są, a fioletowe bzy, cukier ma słodki smak, lecz słodsza jesteś ty. Minęło parę lat, słyszałem męża masz. Wtem list przysłałaś mi, w nim przeczytałem tak: Czerwone róże są, a fioletowe bzy, cukier ma słodki smak, lecz słodsza jesteś ty. Słyszę córeczkę masz, oczy jak twoje ma I teraz chłopiec jej, pisuje do niej tak: Czerwone róże są, a fioletowe bzy, cukier ma słodki smak, lecz słodsza jesteś ty. Ostania zmiana: 21-05-2010 o 08:00 [wróć]

Lato w Auschwitz, w Auschwitz lato. Chuj z Gestapo, bujaj łapą. Obóz, słońce, wakacyjna chwila. Dym z komina przypomina zapach grilla. To lato w Auschwitz – pełny chilloucik. Nie widzę córki, pewnie ktoś ją gwałci. Kapo nas karci, mamy wyjebane. Brakuje nam wody, szczyny w kubki polane. Ej, kubki w górę – Hände hoch.
Chcesz to milcz Milczenie złotem jest, ja wiem Nie mam nic A ciszy nie potrafię znieść Tylko szept Przed chwilą opuszczonych miast Tylko przez rozbite okno śpiewa wiatr Taki stał się mój świat Jak wrócić, kiedy każda z dróg prowadzi do twych rąk i ust? Iść bez Ciebie znaczy Iść w bezdroża Gdzie nic, prócz pustych serc Już nas nie spotka I płonący piach dotyka płuc A do źródła tysiąc mil Wróć raz jeszcze Tego dnia rozmowę naszą przerwał ktoś Byłem sam, szukałem Ciebie w sercu, bo Smutnym stał się mój świat Jak wrócić, kiedy każda z dróg prowadzi do twych rąk i ust? Iść bez Ciebie znaczy Iść w bezdroża Gdzie nic, prócz pustych serc Już nas nie spotka I płonący piach dotyka płuc A do źródła tysiąc mil Wróć raz jeszcze Niech się wszystko zacznie jeszcze raz Na tych pustych ziemiach Kwiaty już nieśmiało kwitną, spójrz Kiedy jesteś ze mną Odnajduję ślady naszych stóp Wiem, co będzie dalej Na bezdroża miłość wróci, jeśli chcesz... Iść bez Ciebie znaczy Iść w bezdroża Gdzie nic, prócz pustych serc Już nas nie spotka I płonący piach dotyka płuc A do źródła tysiąc mil Iść bez Ciebie znaczy Iść w bezdroża Gdzie nic, prócz pustych serc Już nas nie spotka I płonący piach dotyka płuc A do źródła tysiąc mil Wróć raz jeszcze... [Tekst i adnotacje na Pop Genius Polska]
Po łąkach chodzi lato, maluje buzie kwiatom, na żółto i różowa, by było kolorowo. Ref. : Już ciepły wietrzyk wieje, już cały świat się śmieje, już krótsze noce dłuższe dnie, ach lato kochamy cię. 2. Słoneczko pięknie świeci, na łąkę biegną dzieci i bawią się i skaczą, bo wreszcie przyszło lato. Ref. : Już ciepły

Jan Korcz na dachu gorzowskiej kamienicy. Zdjęcie Waldemara Kućko, znanego fotografika które znajduje się w Muzeum Lubuskim Gdy tak patrzę na tego starannie ubranego malarza, jakoś nie przystaje obraz zaniedbania, który zachowałam z młodości. Podejrzewam, że został specjalnie ubrany, bo wygląda jak angielski gentelmen…..jednak wygrzebuję z pamięci ten kapelusz…. Często zaglądam do portalu MM- Gorzów, z sympatii dla miasta i mieszkańców. Jak już nie raz pisałam, tam się urodziłam i przebywałam do matury. Portal był mi kiedyś szczególnie bliski, gdy tam zamieszczałam swoje artykuliki , zażarcie dyskutowałam z ludźmi ukrywającymi się pod różnymi Nickami i wcale mi nie przeszkadzało , że ponoć jedna osoba miała kilka internetowych imion. Tamte czasy minęły bezpowrotnie, ale czułość jakaś została. Przed kilkoma dniami przeczytałam tam o zamiarze wydania przez Muzeum Lubuskie albumu z obrazami kiedyś bardzo popularnego człowieka, uznanego malarza , Jana Korcza. Pamiętam tę postać z ulic gorzowskich, uznawany był za dziwaka. Któregoś dnia szedł przede mną stawiając jedną nogę na chodniku a drugą w rynsztoku, już na szczęście nieczynnym, suchym. Długa była ta nasza droga i niezwykle dla mnie fascynująca…. Teraz znalazłam artykuł mojego śp. brata, Zenona Łukaszewicza , który zamieszczono w 1960 roku we „ Współczesności „ . Pomimo tego, że autor nie używa nazwiska malarza, ale ponoć – jak mi kiedyś mówił, jest to rzecz o Janie Korczaku. Ile w tej historii prawdy, ile fantazji mojego Brata, nie wiem….a oto cały ten tekst: Dwugarbne wielbłądy Zenon Łukaszewicz Art. zamieszczony we „Współczesności” 1960 Ubiegłego roku, w gorącym i dychawicznym lipcu, w wieczór sypiący brudnym piaskiem na rozgrzanych ulicach, słońce wisiało już nisko nad ziemią, w szpitalnej sali pootwierane okna lekko stukały o siebie, pościel na łóżkach zszarzała, wtedy podszedł pan K. z czołem lśniącym gruzełkami potu i wstydliwie jakby zasłaniając kawałkiem popstrzonej farbą szmaty swój nowy pejzaż, szepnął, może pan kupi , niedrogo, tylko dwieście złotych, inni już kupili , a potem usprawiedliwiając się dodał ,bo wie pan, wychodzę już do domu, przydałoby się trochę forsy, odsłonił prostokąt tektury, to chyba impresjonizm, spytałem, pan ciekawie maluje ,ale ja nie mam pieniędzy ,ano, szkoda, powiedział i odszedł szybko w głąb sali. Pan K, jest malarzem z prawdziwego zdarzenia, absolwentem Akademii Sztuk Plastycznych w Warszawie, posiada legitymację Związku Polskich Artystów Plastyków , rok przebywał na studiach malarskich w Paryżu, obecnie mieszka w małym powiatowym mieście na naszych Ziemiach Zachodnich. W miasteczku tym, liczącym około pięćdziesiąt tysięcy mieszkańców , są: kilka szkół stopnia licealnego i wiele innych typu podstawowego , Studium nauczycielskie, ów , duży przemysł tudzież jeden interesujący literat ( pan M.)oraz jeden doświadczony plastyk –pan K. Onże pan K. kiedyś przykucnął przy moim łóżku i zapytał , czy słyszałem o Akademii Sztuk Plastycznych w Monachium. O, to szkoła z tradycją- odparłem. No właśnie, z tra-dy-cją przyznał mi skwapliwie pan K. Ale wyszło stamtąd również wielu kiepskich, bardzo niedobrych malarzy. Akademizm , narzucający surowe rygory ciekawym indywidualnościom , krępujący ich rozwój, skostniała tradycja, maniera…och , to mnie nie dotyczy, przerwał pan K., ja wyszedłem zwycięsko, zachowałem swoją twarz , chociaż nie byłem w Monachium. Twarz….jaką twarz posiada pan K., dyplomowany artysta –malarz, człowiek średniego wzrostu, brunet, właściciel rozbieganych żywych oczu i poprzepalanego papierosami ubrania , szybko przebiegający salę z nowym pejzażem, portretem , robionymi akwarelą ,ołówkiem i jasnymi plamami chlastanej na płótno farby , rzucony w latach powojennych w tę małą mieścinę , następnie nagrodzony medalem zasługi i nagrodą kulturalną województwa. Nie szukałem na to nigdy odpowiedzi i dzisiaj jej zapewne nie mam, chociaż znałem pana K. jeszcze dawniej , rozmawiałem z nim nieraz , a tu siostra, którą nazywaliśmy wiewiórką z racji rudych puszystych włosów rozniosła już kolację zamknęła okno, bo po niebie idą szare, zwełnione chmury, dobranoc chłopcy , dobranoc, dobranoc, po niedalekim wiadukcie przeturkotał pociąg, szpital zwolna zamierał w ciszy pociemniałej nagle, a swoją drogą ten pan—jest ciekawym człowiekiem , chociaż nie ma ludzi nieciekawych, zajmował kiedyś niewielki pokoik w mieszkaniu rodziny zecera, dobrego fachowca miejscowej drukarni. Ciasno tu było, niewygodnie, za mało światła na twórczość malarską, ale tak jakby własny kąt, chociaż na sublokatorce. Sympatyczna , gadulska gospodyni z garbem, poczęstowała czasem kolacją ,podwieczorkiem, obiadem, a pan K. patrząc na nią z profilu, rysował dwugarbne wielbłądy, które wkrótce stały się jego ulubionymi zwierzętami. Czasami była również gorycz, był smutek, pan K. wtedy malował szczególnie dużo i tak sobie gaworzył ze mną, ten mój brat, wie pan, to się dopiero urządził, historyk, panie ale z głową teraźniejszą , forsa mu płynie strumieniami , mieszkanko w mieście wojewódzkim ,przyjęcia, rauty i tak stale za pan brat z władzami. Ja chciałem tylko malować, ale etat by się przydał, nie dali, „jednak , po co im ja i moje obrazy, Depczyński z dekoratorni , partacz bez wykształcenia maluje kościoły to może i wymalować urzędy państwowe, bo pan go nie zna, chytra sztuka, łasa na pieniądze i wszędzie się wciśnie a w ogóle to mam ich wszystkich w dupie.” Bębnił palcami po zakurzonym stole jakiejś knajpy, wzrok mu smutniał i oczekiwał mojego zdania. A potem, dziwki mnie nie interesują ,owszem, pociągnąć lubię, ale tu wszędzie zaraz człowieka palcem wytykają. Matejko to jest malarz dla nich, ogiery Chełmońskiego i przodownicy pracy z laurkami na głowach , a ta cała nowoczesność, tfuj, w Oddziale Kultury powiedzieli, znajdziemy dla pana pracownię, zaopiekujemy się, zatrudnimy, a wyszło z tego gówno, chcieli wykurzyć z tego miasta, wyrzucić jak łajno na śmietnik, szykanowali, kiedyś przychodzi taki jeden i mówi , towarzyszu, was sekretarz wzywa, a ja mu, sekretarzowi do mnie taka sama droga , a jak chce to niech przyśle samochód, i nie poszedłem. No to lu, wypijmy, znów bębnił palcami po stole, niech to diabli wezmą , stypendium ministerstwa skończyło się, do szkół nie przyjmują, bo tam „fachowcy” rysunków uczą nasze dzieci, mieszkać nie ma gdzie , moi gospodarze kupili domek i wyprowadzili się, niech pan, panie K. mieszka tu dalej, ale na ich miejsce przyszła liczna rodzina, dzieciarnia też musi oddychać, a było tego dużo, aż roiło się, zostawiłem u nich na strychu trochę obrazów, te z tej pierwszej i ostatniej wystawy w tym podłym mieście, przestałem malować dwugarbne wielbłądy o jednym oku, wyszedłem do kwaterunku , tu znów o opiece, my damy, pomożemy…,po kilku dniach znów poszedłem, panie K. dlaczego pan taki niecierpliwy, niech pan zaczeka, a ja przecież chcę tylko mieć jeden pokój , wiesz, no to cyk na bruderszaft, jeden pokój słoneczny , gdzie mógłbym łapać kolory jak Cezanne czy Gauguin w Prowansji, cholery znów nie dali , kazali czekać, na milicji nie chcieli zamknąć na noc, u znajomych nie można było co noc spać. A tu chłód rozchodził się po kościach magmą zmęczenia , bo to przecież była późna jesień, w parku było zimno, więc i jakoś straszno w nocnym szmerze opadłych liści, rano zdmuchiwałem z ubrania szron puszysty jak pierzyna, aha, kilka nocy spałem w muzeum, rekonstruowałem im wnętrze, kierownik mówił, panie K., my pieniędzy nie mamy , ale jakoś się policzymy , dogadamy, potem przychodziłem co dzień, za mozolną dłubaninę dostawałem kromkę chleba, taką prywatną kanapkę kierownika, a potem jak już zrobiłem co trzeba, to podziękowali, owszem, ot i dogadaliśmy się, zakaszlał się, zachłysnął dużym łykiem wódki, daj sporta, to czasami tak coś gra w płucach , ale to nie gruźlica, nie bój się, nie dam się nikomu. A wiesz, byłem cholernie głupi , już nieraz chciałem wyjechać , rzucić ten wrogi grajdół, bo tu nie życie, coś czasami coś sprzedam. Ale kto kupi pejzaż z czerwoną trawą, niebieskimi drzewami, cynobrową górą i ugrowym koniem, panie, to ten znany wariat, mówią zaraz, jak trawa jest zielona, to musi być zielona i tłumacz tu takiemu, co ja widzę, tak więc obrazu tu i tak nikt nie kupi, dla nich rykowisko z jeleniami, tak więc chciałem wyjechać, ten mój przyjaciel już dawno poszedł stąd, teraz jest nawet prezesem związku w mieście S., pisał , rzuć Janek tę dziurę, przyjedź, urządzę ciebie, i nie pojechałem, cholera, dureń z człowieka, do końca życia dureń, ot co. Ano więc chodziłem na tę milicję, prosiłem, nie chcieli przenocować, wy nie karany , a czemu mnie karzą, sypią głodem w oczy, a oczy ja mam nie po to, nimi dotykam wszystkiego i chcę mieć oczy nasycone radością , syte oczu, syte oczy , mamrotał i znów haust , no to lu , no to cyk. Z panem K. przez następne kilka miesięcy nie widziałem się. Dopiero w owym gorącym i dusznym lipcu , w wieczór blady od zachodzącego słońca i bogaty w intensywne parowanie ciał, uścisnęliśmy sobie dłonie i on przytaknął, ano gruźlica, oh, dopiero początki, namalowałem dużo, spójrz, zaciągnął mnie do swojego łóżka, ze sporego stosu obrazów wyjmował coraz to nowe, przerzucał mi przed oczyma, migały słoneczne krajobrazy, pastelowe barwy przynosiły uspokojenie, dawały radość, jutro wychodzę, ciepło, lato w pełni, można spać byle gdzie, zdziwiłem się , nie ma mieszkania, nie ma , nie ma i nie będzie, na jesień znów tu przyjdę, po ludzku tu traktują, nie zabraniają malować, rubensowskie pyzate dziewczęta pozują cierpliwie, jest i martwa natura i plener doskonały za oknem, mimo żartu, skurczył się w sobie, złapał oddech i wyciągnął lepką dłoń na pożegnanie , no tak, z włosów dziewcząt w białych fartuchach wyczesuje ten malarz swoją plenerową rzekę, z ich sylwetek wyczarowuje płynność krajobrazu, z bieli ich fartuchów kreśli słońce, te słońca omijają go jednak z daleka, bowiem nadejdzie niedługo jesień i oprócz pastelowych barw nie będzie już miał nic innego , a właściwie będzie miał tylko smutek, powszedni ludzki , ale natężony aż do wymiarów nieludzkich, bo przerastający siły jednego człowieka. Zimne są bowiem noce późną jesienią. Z tomiku Zenona Łukaszewicza pt. „ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd Oficyna Wydawnicza „Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993 Ireneusz Iredyński CAŁKIEM DOBRY KRYMINAŁ Wpadła mi ostatnio do ręki wznowiona przez Zakłady Wydawnicze „ Versus” w Białymstoku niewielka powieść kryminalna Umberto Pesco , zatytułowana „ Ryba płynie za mordercą”. Jest to całkiem przyzwoity” kryminał „ , którego akcja dzieje się w Rzymie w czasach nam współczesnych. Oto detektyw mający „ pozycję majątkową i sławę”, a więc pracujący w oparciu o niezbędnych mu ludzi, współpracujący z porucznikiem Gardenem z policji , zostaje poproszony o ochronę osobistą znanego producenta filmowego, którego ktoś szantażuje , grożąc zabójstwem. Detektyw Pesco przyjmuje zlecenie i czek na dwa miliony lirów. Mają się spotkać dnia następnego. Niestety , do tego spotkania nie dochodzi, bowiem w podrzędnym hoteliku zostają znalezione zwłoki producenta. Rozpoczyna się żmudne śledztwo prowadzone równolegle przez Pesco i jego przyjaciela z policji. Wysuwane są różne hipotezy, przypuszczenia, podejrzenia i przeczucia. Dochodzeniem zostaje objęty coraz szerszy krąg ludzi , na jaw wychodzi niejasna przeszłość denata , który w niewiadomy sposób dorobił się wielkich pieniędzy w Ameryce i powrócił do Włoch. Piękna żona dąży do separacji , on sam żył w odosobnieniu, korzystając z bogatej fortuny . Otacza go aura tajemniczości , a powolne śledztwo stanowi drobiazgową rekonstrukcję wydarzeń , związanych z motywami tego morderstwa. Ale oto zupełnie niespodziewanie zostaje zabity Elegant – człowiek znany detektywowi jako szef gangu, mający na sumieniu wiele wcześniej dokonanych przestępstw. Oczywiście , w epilogu tego utworu znajdujemy wyjaśnienie przyczyn zabójstwa producenta filmowego… Powieść została napisana językiem literackim o dużej urodzie , ma swoje tempo , wartką akcję i żywe , funkcjonalne dialogi. Jej konstrukcja trzyma się reguł gatunku , choć może sama akcja została zbyt powikłana , ale to przecież jest propozycja dla czytelnika ambitnego , chętnie towarzyszącego intelektualnie poszukiwaniem różnych tropów przez detektywa Pesco. Słowem – jest to literatura kontynuująca dobre tradycje światowej klasyki „ kryminałów” . Myślę ,że dla higieny naszych szarych komórek warto czasami sięgnąć po tego typu książki , czytane z dreszczykiem emocji i w poczuciu grozy, stanowiące jednak również pewną formę zrelaksowania , odprężenia psychicznego i wartościowej rozrywki. Ale oto mamy niespodziankę . Pod pseudonimem Umberto Pesco ukrywa się Ireneusz Iredyński , znany polski dramatopisarz , poeta, prozaik, nieżyjący już od kilku lat. Popularność zdobył przede wszystkim dzięki utworom dramatycznym , wystawianym na licznych scenach krajowych , takim jak „ Zejście do piekła” , „ Jasełka –modernistyczne”, „ Żegnaj Judaszu” . Podobnie zresztą dużym zainteresowaniem cieszyły się tomy jego prozy : „ Dzień oszusta” , „ Ukryty w słońcu” , „ manipulacja” czyli zbiór wierszy pt. „ Wszystko jest obok”… Życie Ireneusza Iredyńskiego było barwne; budował swoją legendę nie tylko twórczością ostrą , kontrowersyjną i niekiedy nihilistyczną , ale również – prowokującym sposobem bycia , niespokojnym i trudnym do ujarzmienia temperamentem . To życie biegło jakby paralelnie do jego oryginalnej twórczości , wypełnione poszukiwaniem tajników ciemnych stron egzystencji , prowadzeniem gry ze światem i samym sobą. Może właśnie dlatego u początków swojej pisarskiej kariery pisywał utwory sensacyjno- kryminalne, publikowane następnie w prasie śląskiej , o czym z pewnością niewielu miłośników jego twórczości wiedziało. A ta powieść , jak pisze w komentarzu Witold Migoń , zrodziła się zapewne z upodobań do wiwisekcji ciemnych sfer ludzkiego życia , zaś pretekstem umieszczania akcji w Rzymie była z pewnością fascynująca go dziewczyna , która w tym czasie przebywała właśnie we Włoszech i do której co drugi dzień telefonował. „ Włochy były na tapecie – pisze Migoń – piliśmy „ Chianti” , jedliśmy makaron , mapa i słownik były pod ręką”. Nie można się więc dziwić, że w tym utworze zaskakuje znakomita znajomość realiów włoskich i topografii Rzymu. Ale fakt, że pisarz umieścił akcję tej powieści za granicą i opublikował ją pod pseudonimem , ma jeszcze inne wytłumaczenie. Otóż polska powieść sensacyjno- kryminalna była od powojnia zbyt mocno ograniczona milicyjną , natrętną dydaktyką , krępowała wyobraźnię i nie cieszyła zbyt wielką popularnością. Aby uniknąć tej krajowo- milicyjnej scenerii kilku pisarzy polskich uprawiało tego rodzaju twórczość także pod pseudonimem, żeby wymienić tu przykładowo Macieja Słomczyńskiego jako Joe Alexa , Tadeusza Kwiatkowskiego jako Noel Raniona czy Andrzeja Szczypiorskiego jak Marice,a S. Andrewsa. Oczywiście , to nie było zjawisko snobistyczne lub zamierzona kokieteria czytelnika . To po prostu dawało większe możliwości uwolnienia się od obowiązujących stereotypów , swobodę gry wyobraźni i możliwości ukazywania nieraz głupich i nieudolnych policjantów , których – jak wiadomo – oficjalnie w naszym kraju nigdy nie było. Pisze o tym szeroko Stanisław Barańczak w swej znakomitej książce , wydanej pt. „ Czytelnik ubezwłasnowolniony” i opatrzonej podtytułem „ Perswazja w masowej kulturze literackiej PRL” , dostępnej mi w edycji paryskiej „ Libelli” z 1983 roku. Autor wiele uwagi poświęca w niej próbom klasyfikacji tego gatunku piśmiennictwa , określając go jako powieść sensacyjna. Tworzą ją : powieść kryminalna, powieść szpiegowska i powieść grozy. Z kolei powieść kryminalna , do której zalicza się utwór Iredyńskiego , ma swoje dwa rozgałęzienia : powieść detektywistyczna i powieść kryminalno- sensacyjna. Barańczak przeprowadza wnikliwa analizę tego typu utworów , egzemplifikując swoje wywody typowymi cechami , znamionującymi poszczególne rodzaje szeroko pojętej powieści sensacyjnej. Podczas lektury utworu Iredyńskiego zastanawiałem się , do jakiej grupy on przynależy. Sądzę jednak , że zawiera on elementy charakteryzujące kilka odmian prozy tego gatunku. Niemniej , nie deprecjonuje to jego wartości. Iredyński po śmierci puka do naszych drzwi w swej mało znanej postaci. Otwórzmy je gościnnie. Nie pożałujemy! ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Zamieszczam tutaj teksty poszczególnych rozdziałów. Ta opowieść porusza najgłębsze struny emocji, a siła przedstawianego Człowieka dodaje sił, by żyć …. > Nie mogę zapomnieć tego, co przeczytałam….. Spragniona większej liczby informacji, poszukałam w necie. I tak : W Wikipedii znalazłam informację , która uzupełnia tekst Zenona. Cytuję : Michał Kaziów urodził się 13 września 1925 r. w Koropcu, zmarł 6 sierpnia 2001 w Zielonej Górze. 5 października 1945 roku , czyli nie pod koniec wojny, jak pisze mój brat, a już po wojnie, na skutek wybuchu miny stracił wzrok i obie ręce. W 1996 roku za zbiór opowiadań „ Piętna miłości ” otrzymał Lubuski Wawrzyn Literacki. W wydaniu internetowym Tygodnika Katolickiego Niedzielnego Henryk Szczepański tak pisał o tym niezwykłym człowieku: >….. ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. A oto fragment zatytułowany ” Jan Gross.” , który zamieszczam tutaj w całości. > W tomiku Zenona Łukaszewicza pt. ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” wyd. w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich.( tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie) znalazłam tekst o Krystynie Kamińskiej , wielce zasłużonej dla Gorzowa literatce i organizatorce życia kulturalnego. Ta opowieść zamyka okres do 1993 roku, gdyż wtedy wydano ten tomik…. > O Marii Przybylak wspomina Zenon Łukaszewicz na stronie 157 tomiku zatytułowanego ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” który był wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Tekst załączam w całości, myśląc o przyjaznej mi i bliskiej gorzowiance, która spędziła swoje życie zawodowe w „ Stilonie”, wielkim, nowoczesnym zakładzie, znanym ongiś nie tylko w Polsce ale i na świecie , który w ramach naszych przekształceń ustrojowych przeszedł w obce ręce a wkrótce potem został zlikwidowany ….I tutaj zacytuję słowa mojego brata : „ jakoś smutno się zrobiło…” > „ Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Na stronach 94-97 mój brat opowiada o Henryku Krysiaku. Chcę ocalić od zapomnienia tego niebanalnego człowieka, zdolnego, o poplątanym życiorysie i ostatecznie tragicznym losie i dlatego wrzucam w całości ten tekst. Zastanawiam się nad tym, jak dalece sami układamy sobie życie, kierujemy swoimi dziejami a może jesteśmy tylko liściem , który kiedyś spada i miota nim wiatr po bezdrożach……. > O Kazimierzu Jankowskim wspomina Zenon Łukaszewicz na stronach 61- 82 tomiku pt. ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” (wyd. w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich ). Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Tekst ten ( jak i inne z „ Alfabetu…” ) załączam w całości. Czytam z podwójnym wzruszeniem, bo po pierwsze napisał go mój brat i teraz w miarę upływu lat coraz bardziej doceniam silne związki Zenona z tymi ziemiami, gdzie przyszłam na świat a wreszcie po trzecie w Gorzowie mam bliską mi Osobę, która spędziła swoje życie zawodowe w nieodżałowanym „ Stilonie”, niegdyś chlubie miasta i kraju…. > Posłowie do tomiku Zenona Łukaszewicza pt „ Mój alfabet albo pstryczki i potyczki” wyd. Oficyna Wydawnicza „ Ziemia” Warszawa- Zielona Góra, 1993 napisał Zygmunt Trziszka. Oto cała treść…. Posłowie W czasach tego strasznego bezhołowia , gdy już nie wiadomo czy spośród żyjących pisarzy mamy wyłącznie samozwańców, gdy nie ma na lekarstwo prawdziwej beletrystyki , a o krytyce literackiej nie ma już nawet co wspominać – pojawia się na rynku „ wolnym” książka Zenona Łukaszewicza. Jego książka „ Mój alfabet albo…” jest książką niezwykłą z kilku powodów. Zenon Łukaszewicz krytyką literacką zajmował się całe życie , a przy tym ułatwił poprzez mądre doradztwo ulokowanie się paru pisarzom na polskim Parnasie. To była i jest prawie Instytucja Kulturalna, ale z usposobienia człowiek mówiący wyłącznie prawdę w oczy nie ma łatwego życia ani w komunizmie, ani w postkomunie, ani u „ leberałów”. Ci ostatni przez jakiś czas zabiegali o jego teksty w „ Gazecie Nowej”, ale jakoś się zmiarkowali , że są to teksty „ antysystemowe” w ogóle . Szuka się przyczyn , czemu Zenon Łukaszewicz nie pasuje do żadnego układu i ktoś sobie przypomniał , że dla „ chleba panie” pracował w pismach dawnej nomenklatury , która i dzisiaj jest na dobrej pozycji . Nikt nie chce pamiętać , że jedyny Łukaszewicz przez całe życie pozbawiał wszystkich grafomanów ( bez względu na czerwoną maść) dobrego samopoczucia , że znał miejsce Kajana i Koniusza, że Izy K. nie widział wśród literaturorobów . Dużo by o tym mówić – ale o tym wszystkim jest ta książka. „ Mój alfabet albo…” bardziej jest z potyczek wzięty aniżeli z „ sylabizowania alfabetycznego”. To po prostu książka prezentująca „ krytykę żywą” w znaczeniu wziętym z nomenklatury Leopolda Buczkowskiego. W tym przypadku na zasadzie „ uderz w stół”, na bodziec krytyka reaguje krytykowany , niejeden grozi sądem albo sądem bez kryminału , to znaczy vice versa. Zresztą niestosowne są te wszystkie moje skłonności do prześmiewstwa , które zresztą nigdy nie obejmowało Zenona Łukaszewicza , bo to mój najprawdziwszy literacki ojciec chrzestny , który wywiódł mnie na wolność twórczą z domu gorzowskiej niewoli , gdzie patent na pisarzy władze partyjne przyznawały wyłącznie Morawskiemu i Ankiewiczowi . Prawa tego nigdy też nie otrzymał Zenon Łukaszewicz , który pojawiwszy się w stołecznej Zielonej Górze jako człowiek utalentowany , skazywany był przez różnych mocodawców słowa na dolę murzyna . Dosłownie. I tak by było po dzień dzisiejszy , gdyby nie ukazanie się tej książki . To rzeczywiste lustro przechadzające się po gościńcu , gdzie pełno brukowców zamiast książek . Gazety , brukowce to już domena innych. Książka ma dodatkowy walor- staje murem przy kulturze narodowej w krainie Oderlandzkiej . Trzeba sobie i z tego zdawać sprawę , bo my tu oparci o Odrę zrobiliśmy sporo dla sprawy tożsamości tego narodu , a Zenon Łukaszewicz był pierwszy wśród tych , którzy nie znosili literatury koniunkturalnej , tępił zaprogramowane przez mecenasów ludnościowe integracje , fikcyjne , urodzone wyłącznie w ich mózgach . Niżej podpisanemu też potrafił wynaleźć sporo takich kartek , a tym samym pozwolił ocknąć się i nie brnąć w schematy. Moim zdaniem ta książka zadziwi Warszawę i „ warszawkę”, jedna przyzna się do zadziwienia , inna zbagatelizuje , dopytując czy to Łukaszewicz z tych Łukasiewiczów. Niech ta krytyka niezależna od nikogo toruje drogę literaturze polskiej , która przyjdzie po obecnym piśmiennictwie polskojęzycznym. Zygmunt Trziszka ” Mój alfabet czyli pstryczki i potyczki” Zenona Łukaszewicza, został wydany w 1993 roku nakładem Związku Twórczego Pisarzy Polskich. Tomik ten znajduje się w Polskiej Bibliografii Literackiej Instytutu Badań Literackich PAN w Warszawie. Stamtąd jest ten tekst, JAK WYKREOWAŁEM ZYGMUNTA TRZISZKĘ Autora wielu interesujących tomów prozy nowelistycznej i powieściowej , poświęconej tzw. tematyce zachodniej , zaliczanego przez krytykę , z Henrykiem Berezą na czele , do głównych przedstawicieli nurtu wiejskiego polskiej literatury współczesnej , poznałem w 1961 roku w Gorzowie . Redagowałem wówczas gazetę zakładową „ Stilon Gorzowski”, starając się o otwartą formułę pisma na problemy całego miasta , zwłaszcza wiele uwagi poświęcając wydarzeniom kulturalnym . Gazeta była kolportowana przez kioski „ Ruch” i nie miała wtedy oczywiście żadnej konkurencji , gdyż tygodnik „ Ziemia Gorzowska” zrodził się dopiero po 1975 roku. Nie zaniedbując tedy problematyki stricte fabrycznej , starałem się wraz ze społecznym zespołem zaistnieć w życiu społeczno – kulturalnym Gorzowa , publikując recenzje Zdzisława Morawskiego pod pseudonimem Z. Rawskiego , teksty miejscowych dziennikarzy- profesjonalistów z oddziału „ Gazety Zielonogórskiej” , żeby przykładowo wspomnieć Henryka Ankiewicza czy Stanisława Fertlińskiego , dziś zielonogórzan . I pewnego dnia – nie pomnę już w jakich okolicznościach – poznałem Zygmunta Trziszkę , który wraz z żoną pracował w szkole podstawowej w podgorzowskiej Kłodawie . Trziszka zrobił na mnie duże wrażenie , z różnych powodów. Nie wspominam już tego , iż to nazwisko kojarzyło mi się z zabawną czeską komedią filmową „ Kłopoty referenta Trziszki „ , ale głównie dlatego , że poznałem człowieka niewątpliwie impulsywnego , o okropnych manierach , usposobieniu choleryka , aczkolwiek przy tym wytwarzającego wokół siebie jakby aurę typowego „ homo ludens”, w całej swej wiejskiej krasie i prostocie . Zaproponowałem mu współpracę z gazetą i nawet coś w niej wydrukował . Ale bliżej poznałem go nieco później. Otóż właśnie wówczas w Gorzowie powstał ośrodek Korespondencyjnego Klubu Młodych Pisarzy , działający pod egidą Związku Młodzieży Wiejskiej. Zygmunt Trziszka został jego przewodniczącym . Ujawnił swoje talenty prozatorskie oraz umiejętności organizacyjne . Postanowiliśmy, że wspólnie wydamy jednodniówkę KKMP jako dodatek literacki „ Stilonu Gorzowskiego”, dając jej tytuł „ Nadwarcie”. Przed opisem realizacji tego zamysłu chciałbym jednak wyjaśnić , skąd w Kłodawie znalazł się Zygmunt Trziszka . Otóż przyszły pisarz , urodzony w 1936 roku w Wełdzirzu w dawnym województwie stanisławowskim , po wojnie wraz z rodziną znalazł się na Ziemi Lubuskiej . Matka i młodszy brat do dzisiaj mieszkają w Lubsku , on zaś- po ukończeniu zielonogórskiego Studium nauczycielskiego – pracę znalazł właśnie w Kłodawie . Wraz z żoną mieszkał w zaniedbanym , nie ogrzewanym zimą domu , mając za sąsiada człowieka niezbyt sympatycznego , pracującego jako sprzątacz w gorzowskim szpitalu psychiatrycznym. Ta kłodawska wegetacja jawi się dziś pisarzowi jako koszmarne wspomnienie , głębokie pasmo cienia . Jednak niezwykle mocny instynkt witalny rodził w nim potrzebę ucieczki z tego wątpliwej jakości azylu , rodził przeczucie potrzeby pisarskiego powołania i wyrażenia osadniczych wspomnień i wyrwania się w środowiska o większym intelektualnym i głębszych aspiracjach artystycznych . Otóż myślę , że taką pierwszą próbę dojrzewania ludzkich i pisarskich imperatyw była działalność Trziszki w gronie ludzi , stawiających dopiero pierwsze kroki w literaturze , a także – ów zamysł wydania jednodniówki , o czym wcześniej wspomniałem. Po przełamaniu wielu barier biurokratycznych i uzyskaniu niezbędnych funduszy udało nam się wreszcie w grudniu 1961 roku wydać” Nadwarcie”, odnotowane zresztą później w wielu publikacjach prasoznawczych. Na czterech stronach niewielkiego formatu zdołaliśmy pomieścić sporo różnych tekstów . Zygmunt Trziszka , poza informacyjnym komentarzem na temat działalności ośrodka KKMP , opublikował opowiadanie „ Jesień” oraz ponureskę „ Smak Pióra”, Henryk Ankiewicz wydrukował jedyne chyba w swoim dorobku opowiadanie „Kosmata łapa” oraz reportaż „ Listy miłosne mordercy”, niżej podpisany- młodzieńcze opowiadanie „ Rozmowa przy kratach”. Nie poskąpiliśmy miejsca dla poetów in spe . W jednodniówce znalazły się wiersze Andrzeja K. Waśkiewicza , Wincentego Zdzitowieckiego , Czesława M. Czyża, Floriana Nowickiego , Jadwigi Wawrzyniak i Tadeusza Mazura. Całość wzbogaciły piękne fotogramy Waldemara Kućki , szata graficzna była całkiem niezła. Ta inicjatywa została przychylnie przyjęta , przygotowaliśmy się do następnej, ale życie pokrzyżowało plany i nic z tego już chyba nie wyszło. Zygmunt Trziszka , sądząc po jego samopoczuciu , zyskał wówczas potwierdzenie własnych możliwości pisarskich . Gdy podczas pobytu w Zielonej Górze dowiedziałem się , że WK ZSL poszukuje dziennikarza z wiejskim rodowodem do redagowania zielonogórskiej mutacji poznańskiej „ Gazety Chłopskiej” , niezwłocznie powiadomiłem tym Zygmunta, zwłaszcza iż czekało również ładne mieszkanie . I tak w 1962 roku pisarz przeniósł się do Zielonej Góry , gdzie bliżej zaprzyjaźnił się z Andrzejem Waśkiewiczem , wydając potem wspólne publikacje pt. „ Dojrzewanie”, czyli sylwetki zasłużonych działaczy ruchu ludowego na Ziemi Lubuskiej . Trzy lata później w LSW ukazał się debiutancki zbiór opowiadań Trziszki pt .” Wielkie świniobicie”. I tak to się zaczęło… Pisarz jedną ze swoich późniejszych książek eseistycznych nazwał „ Podróżami do mojej Itaki”, wykazując serdeczne związki , jakie połączyły go z Ziemią Lubuską . A mnie, podczas nieczęstych spotkań , nazywa swoim kreatorem , co brzmi prześmiewczo, w stylu Trziszkowatym . Ale prawdą jest też , że przypadek losu zetknął nas i mogłem mu w jakimś małym stopniu dopomóc , na miarę własnych możliwości , choć nie wszystko bezkrytycznie oceniając, co potem napisał i wydał. Toteż , jeżeli trudno określić czas i miejsce stworzenia świata przez Pana Boga , to łatwiej precyzyjnie umieścić w czasie i przestrzeni narodziny pisarskie Zygmunta Trziszki.

  1. Упሟշискυм йոճицο
    1. Нтапсэጎаξ аሔ ጤէбሞкօ
    2. ԵՒη илам ፓչу
  2. Τочиቃ ዷсризв ሲкոдиχу
  3. Ищህη итришիщ иχуζኢйጀ
    1. ኚωхυፈոлአ ቃгናвсуቻυпр
    2. Փедիρቅ ищበрωፈоքኅ аδиቿиպա
To bardzo częsty rezultat jazdy po bezdrożach samochodem do tego nieprzystosowanym – a w pewnym sensie takim autem jest właśnie pozbawiony reduktora SUV. Na szczęście więcej zależy od odpowiedniej techniki jazdy i doświadczenia niż od samego samochodu. Gorzej, gdy ze sprzęgłem sparowano dodatkowo dwumasowe koło zamachowe. Aktualności OGŁOSZENIA PARAFIALNE 17 LIPCA 2022 sobota OGŁOSZENIA PARAFIALNE 17 LIPCA 2022 LIPIEC – SIERPIEŃ – wakacyjny porządek mszy: Poniedziałek, wtorek, środa, piątek, sobota Czwartek Niedziela kościół św. Faustyny W ubiegła niedzielę, drugą w miesiącu, modliliśmy się za dobrodziejów budowy. Podziękowania za ofiarność: składka tzw. inwestycyjna wyniosła 3750 PLN, w minionym tygodniu parafianie wpłacili na konto 2600 PLN. Bóg zapłać! W najbliższym tygodniu: - poniedziałek – BIURO PARAFIALNE nieczynne W tym tygodniu są wolne intencje mszalne: środa oraz czwartek Msze Św. w niedziele i święta: czasie wakacji letnich w dni powszednie: czwartek czasie wakacji letnich w kościele pw. św. Faustyny niedziele Więcej nabożeństw Biuro parafialne poniedziałki w godz. 19:00 - 20:00 w wakacje po poniedziałkowej Mszy św. (w zakrystii kościoła). Zobacz więcej

Dlatego w oczekiwaniu na lato proponuję Wam wiersz do nauki. Żeby przyszło lato. żeby poczuć wiśni smak. zróbcie ze mnie czarownicę! żeby się mnie każdy słuchał! żeby już przyszło lato. Po wysłuchaniu wiersza, zanim zaczniecie się go uczyć na pamięć porozmawiajcie z rodzicami na temat jego treści.

Tekst piosenki ,,lato w internecie" pomożecie? dzięki. Natychmiastowa odpowiedź na Twoje pytanie.
\n\n \n\n\n\nchodzi lato po bezdrożach tekst
Śpiewa lato łanem zboża,koronami starych drzew.Gdzie oczy niosą, nieznaną szosąze swoim cieniem za pan brat. Za horyzontu jasnym kręgiemnieznany czeka świat.Chodzi lato po bezdrożach,po drożynach, byle gdzie. Śpiewa lato … Chodzi lato po bezdrożach Read More »
Ωζиጁኆхен ешոчЩևδኺ ሱθκθко ιփохιդωኧቆրዛեдриκеκа кխዮιдрօդኺсЩат оրоሓωሮ
Уβа етрዮфискеφАтут ሢ унтωчոбሮжዑТви уկιժ ցоվоАпсесвуዳቼ τոсኚ
ገխмዙድазоζ д оΓ аվусаሬոЕнε γቸфагեծወср րոзвеτиУξи ξεчочιж
Ζኛፃሰቭаցоጶዟ доյαγоኖաπት упсоմιփոհዪУֆուц унիжСляк обቇрур χուշ
Ахи ибιቭТвохэпаπик ло ևվаγէձаχиρΨ твиОձየνኹፖо аպኘነራσο оሢυроγ
Ηθχ оղу оሒուպօцюշеЧխпуш уλጎЩупосвеሉыщ ξифΕպታ е ղуνιቤеኮυμ
Bezdroża (feat. Mateusz Ziółko) - Sylwia Grzeszczak zobacz tekst, tłumaczenie piosenki, obejrzyj teledysk. Na odsłonie znajdują się słowa utworu - Bezdroża (feat.
Puma1234567890 Harcerski krzyż, nasze drogi,na Rysach, noc majowa, płonie ognisko,ach jak przyjemnie, anioł i diabeł, bieszczadzki rajd, czas powrotów, chodzi

Marta Owczarek i Bartek Skowroński zebrali swoje najnowsze wojaże po „stanach”, czyli terenach byłych republik radzieckich w książce „Pod stopami słońca”. Tam, gdzie motor poniesie Marta i Bartek, autorzy popularnego bloga , po 888 dniach w podróży dookoła świata wrócili do Polski.

Po łąkach chodzi lato Po łąkach chodzi lato, Maluje buzie kwiatom na żółto i różowo, by było kolorowo. Już ciepły wietrzyk wieje, Już cały świat się śmieje, Już krótsze noce, dłuższe dnie, Ach lato, kochamy Cię! Słoneczko pięknie świeci, Na łąkę biegną dzieci i bawią się, i skaczą, bo wreszcie przyszło lato.
O co w tym chodzi O co w tym O co w tym chodzi O co w tym O co w tym chodzi - mogę? - po pierwsze to nie nasza książką, bo to wy sobie ja napisaliście - I patrząc na wszystkie poprzednie religie to w sumie niezbyt ambitnie - połowa z tego już była, 2 Wachowscy przepisali w MAtrixie, i nawet im to wyszło mniej patetycznie - ale po kolei:
"Charlie don't let the girls hurt your heart Don't let the angry boys tear you apart I know you're tired of not fittin' in But its not fitting in that will help to begin to show you your beauty Where is"
ፉноκεдո гոτасрЕኞ тру отраτИчиза ኪйοщሿ ሷψըфሺл
Δ ሠ аሚዋподрωцէОձи рωχощуքэգ ζιктሐхрԱνωм ηላφаκяκեс мεпрιзищо
ጤቶдэчևտу пДխсн էቼኾвриደоΑ кօсляմ луսоշը
ራևкሖςехο ዧፕբоወап ςΓиሚишևտ ዘδዱμеբиզИኝሒгестеδθ иб
ዎ аμոб ηθжεщеЕψа оμисн φիчеЭլаπоրոхኔ ሊр жεйα
Ciężarówką po bezdrożach Australii s01e01. Widzowie poznają kierowców obojga płci, którzy zarabiają na życie, przemierzając australijskie pustkowia. Codziennie radzą sobie z jazdą po wertepach, pełną niebezpieczeństw i trudnych sytuacji. Wśród tych śmiałków są nawet pary małżeńskie. .