Zacznijmy od tego że z racji dni babci i dziadka które właśnie mamy, pojechałem do owych ludzi z bombonierką i życzeniami. Będąc tam, tak sie akurat złożyło że zaczeliśmy rozmawiać o czasach młodości moich dziadków, jak to było i w ogóle takie sprawy. No i zeszło na temat wojny i dziadkowie zaczeli opowiadać.
trzy lata. za siedem dni mijają trzy lata bloga. pamiętam dobrze tamten dzień. ta stara kamienica. okrągły stół przy oknie. Tosiulka śpi, gdy późnym wieczorem dostałam od informatyków login i hasło. tamtego wieczora dodałam kilka postów naraz, naszykowanych wcześniej… i poszłam spać. za chwilę miną trzy lata. i przewidywalnie mogłabym pisać ile mi to dało, i podawać jakieś liczby.. ale to zupełnie nieistotne… w mailach pytacie o wszystko. jaka sukienka przy szerokich biodrach, jakiego kupiłabym psa, czy szczepię dzieci, czym pomalowaliśmy dom i jak radzę sobie z dzieckiem niejadkiem.. codziennie jakieś 30 zapytań… najczęściej jednak… dziękujecie. czasami krótko, dwoma słowami, innym razem listy na cały wieczór. trudno odpisać mi na wszystko. jednak staram się jak mogę. bardzo często odpisuję po miesiącu, dwóch. w ostatnich wysokich obcasach przeczytałam, że Astrid Lindgren dostawała 150 listów tygodniowo. poczta zatrudniła listonosza, który obsługiwał tylko Ją. a Ona na każdy list odpisywała.. bo nie mogła poradzić sobie z myślą, że Ktoś na ten list od Niej czeka.. i ja tak dobrze to rozumiem.. ta myśl najczęściej towarzyszy mi gdy zasypiam.. biję się w piersi i myślę, że mogłam może iść później spać i odpisać choć jeszcze na kilka, kilkanaście więcej.. chociaż na te, które czekają jeszcze z lutego.. odpiszę. nigdzie się na razie nie wybieram.. nie planuję. i skoro Astrid dała radę. odpisując na maszynie do pisania to i mnie się uda. pamiętam kilka dni przed wigilią.. dostałam maila od kobiety, która napisała, że po przeczytaniu mojego bloga wycofała pozew rozwodowy.. stałam wtedy pod wielkim centrum handlowym. robiło się już ciemno. jeździły jakieś auta, biegali ludzie. mnóstwo kolrowych świateł, neony. stałam taka mała pomiędzy tym wszystkim z telefonem w ręku i tym mailem… padał wtedy deszcz. takich maili niezliczona ilość. są takie, które często pokonują mnie samą. myślę sobie, że ja na to nie do końca zasługuję.. że z tyloma rzeczami, ludźmi w życiu codziennym sobie nie radzę.. ten od zjawiskowej dziewczynki.. „W sumie to ja nie wiem co napisać. Chciałabym napisać „dziękuję”, ale to się takie banalne wydaje. Teraz „dziękuję” można powiedzieć za wszystko, za byle co. A te moje „dziękuję” to jest takie szczere i prawdziwe. Zmieniła mi Pani życie! Tak wiem, pewnie dużo osób tak do Pani pisze, a ja chciałbym być niepowtarzalna. W sumie jestem… tak trochę… Zmieniła mi Pani życie! Ale nie tak dosłownie, bo wszystko jest po dawnemu: mam mamę, tatę, brata z którym kłócę się 20 x dziennie i 21 x dziennie godzę. Zmieniła mi Pani mój sposób patrzenia na świat. Dziękuję za te piękne słowa, piękne piosenki i za wszystko. To co tu napisałam to za mało, ale rzeczy bezcennych nie da się „przebić”. Ujmę to tak: Pani stworzyła coś na wzór takiej innej Biblii. Bardzo ważnej z której każdy może coś sobie wziąć i która człowieka – dziecko, dorosłego, emeryta odmienia. Na lepsze. Podziękowania od 14 – letniej Meli, wiernej czytelniczki” przesłałam go mojej przyjaciółce. odpisała… „Nie trzeba się tak strasznie martwić o przyszłość tego narodu. Są jednak jeszcze mądre i wrażliwe dzieci. Pięknie! Pięknie Melanio i pięknie Julio:) Zmieniać świat na lepsze nie jest łatwo… Świat jak świat…ale jednego konkretnego człowieka to jest coś 😉 A. „ czy można dostać coś równie pięknego z okazji trzecich urodzin…? dziękuję. szczerze i prawdziwie. każdemu z Was. pojechałam ostatnio do Warszawy. pociągiem. kupiłam bilet w kasie. Pani miła. a to ważne. nawet bardzo. torbę w kratkę wzięłam. taką ulubioną. co osiem lat temu kupiłam. uszy już kaletnik raz naprawiał. w takim sklepie bardzo ekskluzywnym. trzy miesiące na nią odkładałam. można ją pod rękę, a można na kółkach ciągnąć. tylko ona wysoka a chuda więc się kolebie i przewraca, ale już się nauczyłam ją z kobiecą elegancją prowadzić. założyłam sukienkę, płaszczyk wiosenny, choć tak może jeszcze zimowo było. ale udawłam, że jest mi idealnie i to był wybór ze względu na pogodę a nie na to, że nowy.. nie pamiętam kiedy byłam na dworcu w Katowicach.. może właśnie wtedy gdy czekałam na pociąg do Częstochowy wracając z Krakowa w dwutysięcznym szóstym. trochę się więc bałam, że głowa mi się ukręci gdy to wszystko ujrzałam. nie zdążyłam książki przed podróżą kupić i tak się łudziłam, że może jakiś skład na tym dworcu będzie.. książek w przejściu podziemnym na stole rozłożony.. w Krakowie takie bywały.. a tam.. księgarnia, perfumeria, cuda na kiju i Starbucks na środku. europa proszę pana.. kupuję tę modną kawę co na kubku mi moję imię koniecznie wypisują. zastanawiam się nawet chwilę w jakim celu, gdyż ani przede mną ani za mną nikt nie stoi. jakiś chłopak z słuchawkami na uszach siedzi w kącie i widać, że tylko przeczekać na pociąg chce. kawy ani nie pił, ani nie planuje pić. biorę ten kubek pysznej, pachnącej kawy z napisem „Julia” i zasiadam do książki. wyciągnęłam bilet by włożyć jako zakładkę. zdjęcie telefonem zrobiłam. tej kawy modnej i biletu. na instagram dodałam.. że w podróż wyruszam.. takie to teraz na czasie.. a w tym pociągu.. nie wiem jak to opowiadać.. Kto Matką jest to może i zrozumie.. bez mówienia. siedzę. noga na nogę. płaszczyk na wieszaczku wisi. muzyki słucham, tak mi się stary przebój przypomniał z czasów liceum. skunk anansie śpiewało „hedonism”. kochałam się wtedy w Krzyśku. On zresztą we mnie też. miał białego opla kadeta i pod szkołę po mnie przyjeżdzał. poczciwina taka. ten Krzyś, bo opel to mniej, ciągle mu się woda gotowała. w okno zerkam, smsy piszę, Ktoś dzwoni, ale załatwiam szybko sprawę, bo o tej książce jedynie marzę. nikt mnie nie goni, nikt o nic nie pyta. stan błogi. błogostan. na dworcu człowiek mój czeka. człowiek, co jeszcze pokój ze mną w internacie dzielił, gdy po piętnaście lat miałyśmy. za wcześnie przyszła i zmarzła trochę. i ta morda wiecznie uśmiechnięta. jedziemy kolejką, a potem autobusem miejskim. nacieszyć się nie mogę, bo ile to ja lat tak nie jeździłam. zawsze tym autem tylko. drobnych na bilety szukamy. mówię Jej, że koniecznie chcę na film „disco polo” iść i zapuszczam Jej w telefonie „cztery osiemnastki”. jedną słuchawkę Jej do ucha wsadzam i śpiewam w tym autobusie. Ona mnie od głupków przezywa.. znakiem tego też nie jestem Jej obojętna. w domu ma przytulnie, ciepło. pyta czy ja na miasto bym chciała wyjść. a ja o piżamie i kocu już myślę. z talerzy podjadamy, herbatę siorbiemy. gadamy jak za starych czasów. śpimy razem i jeszcze po ciemku coś plotkujemy. czuję się jak nastolatka.. a Ona się tak wdzięcznie śmieje. całą sobą. z samego rana łapię taksówkę, po drodzę kupuję bukiet żółtych tulipanów dla Ani. wpadam na konferencję prasową za wcześnie. ustawiam więc krzesła z właścicielką marki i Jej nową twarzą. twarzą jest Kasia Cichopek. i choć tak chciałam nadal za Nią nie przepadać, chciałam jak wszyscy mówić „no już wszędzie Ona jest!” to wkurzam się aż sama na siebie. bo jak można tak wbrew sobie? Kogoś tak polubić, choć się polubić nie planowało.. jak może być tak fantastyczną dziewczyną!? przedziwnie zaskakującą gwiazdą co nie gwiazdorzy, tylko croissanta tak samo na talerzyku jak ja kruszy.. szalik zgubiłam. w tym marcu dziesięć lat mija jak Bartka za przyjaciela mam. nic się nie zmienia. wozi mnie tym autem po Warszawie jak wariat, a ja mu tłukę do głowy, że ja już dwójkę dzieci mam, że już wydoroślałam i że na kolejnym rondzie to już wysiądę na pewno! siedzę na tych skórzanych fotelach w super furze. leci jakiś przebój lat 80tych. On się pyta czy ja jestem szczęśliwa tam w tym szarym domu. odpowiadam , że jak nigdy w życiu.. dobry chłopak w ciele twardziela.. a jak przypomnę gdy go poznałam, jaką nienawiścią darzyłam. jaki to był Warszawski debil i cwaniak! zreszta, ciągle nim jest, ale teraz już Go lubię. nie ma Warszawy bez cwaniaka. do kina wpadam na ostatnią chwilę. nie ma „disco polo”, jest „Samba”. Kaśka uwalona od sosu z zapiekanki. Andzia śmieje się tym całym ciałem, gdy ja tańczę na końcowych literach. Mama dzwoni, żebym się rano nie spieszyła. żeby tym późniejszym pociągiem. żebym pospała rano i na spokojnie kawę wypiła. zrywam się o świcie by zdążyć na pierwszą. i jadę znów tym autobusem i kolejką na dworzec. torba się przewraca, bo już nie chce mi się być elegancką. przytulam Ją na dworcu stolicy i chciałabym Jej powiedzieć jaka jest wspaniała i podziękować. ale ja mam taką wadę, że nie potrafię mówić miłych rzeczy. mam tylko dużą buzię do pyskowania.. Mama tak mówi. i ma rację. na peronie czeka mój mąż. już z okna Go widzę. że też lata mijają, a ja tak samo… jakbym na randkę do Niego przyjechała, a nie do domu naszego i gromady dzieci. rzucam Mu się na szyję. wpadam do przedszkola za pięć pierwsza. otwierają się drzwi stołówki i z bandą gadających i dłubiących w nosie wyskakuję też mój mały lokaty ryj. ustawia się do schodów by jeszcze umyć zęby i krzyczy do przedszkolanki „widziałam moją Mamę”. i choć Warszawa piękna, to ten pociąg o świcie, był najlepszym w rozkładzie jazdy tamtego dnia. lubię się narobić. tak najzwyczajniej na-ro-bić! przysłowiowo – paść na ryj. lubię ten ból w nogach. kiedy kładę się wieczorem z Tosiulką by poczytać Jej do snu.. taka nasza umowa, że zawsze dwie książki. i kiedy Ona już zaśnie, ja długo jeszcze patrzę na księżyc w oknie, bo nie mogę wstać. coś sobie rozmyślam, analizuję. a po tych nogach jakby stado mrówek biegało. i tak najzwyczajniej po prostu … lubię. bo myślę sobie, że co człowiek bez roboty by był wart. i przecież ta robota to dla nikogo innego jak dla nas samych, dla dzieci naszych, a może i dla wnucząt coś z tej roboty zostanie. żyjemy w czasach lenistwa. dziś młodzież chciałaby skończyć studia i gotową, dobrą posadę znaleźć. zrobić swoją robotę w pół dnia, a potem jeszcze się na krześle pokręcić i na internet zobaczyć. pamietam jak poszłam pierwszy dzień do nowej pracy. otworzyli mi takie drzwi, a tam nie było widać nic, tylko kartony. nie było nawet widać wielkości tego pomieszczenia, bo były tylko kartony, papiery i śmieci. kolega mówi, że trzeba to posegregować jakoś… no to dobra. podwinęłam rękawy i zaczęłam wyciągać po jednym pudełku, odklejać taśmę i składać. segregowałam rozmiarami. po kilku godzinach zrobiłam sobie przerwę na kanapkę. o 18ej był błysk. kartoniki poukładane, pozamiatane, okienko umyte.. sterty śmieci do wyniesienia. jak usiadłam do auta to nie miałam siły gazu nogą wciskać.. i jak to? ja? ja, która pracowała już wcześniej w wielkim, pięknym salonie hondy w Warszawie? ja, która odbyła tyle szkoleń w zakresie sprzedaży motocykli? ja, która zajęła trzecie miejsce w polsce w owej sprzedaży? ano tak. właśnie ta. robota jak każda inna. a może nawet lepsza bo efekty od razu widać. zostałam tam na trzy lata i przemiło tą pracę wspominam. jak w każdej byli ludzie co doprowadzali do szału, byli też tacy, za którymi dziś bardzo tęsknię. były dni gdzie chciało się płakać jak i takie gdzie chciałyśmy z Kaśką pospadać ze śmiechu z krzeseł. kartony układałam jeszcze trzy razy z własnego wyboru. czasami myślę co by było gdyby powinęła nam się noga.. bo przecież los nieodgadniony jest.. a ja już nauczyłam się pokory wobec życia.. nie idę rozpychając się łokciami, że mnie to się uda na pewno.. bo tego nie wiem.. wierzę w siebie, ale nie daję sobie głowy uciąć.. bo dziś o tę głowę już muszę dla dzieci dbać. siadam czasami z mężem i mówię Mu, że nie ma się co martwić. oby tylko zdrowie było, bo wszystko inne pokonamy gdy będziemy mieć sprawne ręce do pracy. ludzie dziś lubią narzekać.. że może w Niemczech by się lepiej żyło, może do Ameryki.. ano jedź.. ale pamiętaj, że wszędzie narobić się trzeba tak samo. nigdzie z nieba manna nie leci. a my i tak w dobrym kraju żyjemy.. choć szlag człowieka trafia jak przychodzi podatki zapłacić, zusy.. toż to nie do wiary! a mój znajomy na Ukrainie mieszka.. hotel miał piękny, restaurację.. i pewnego dnia przychodzi Pan, który mówi, że teraz to jest Jego. ot tak. to się spakował i wyszedł. przyjeżdza teraz do Polski na handel. z mafią nie dyskutujesz. ja nie mówię, że do lepszego nie trzeba wzdychać. owszem i trzeba. marzyć i planować.. tylko najczęściej jest tak, że gdy zadowolony z tego co ma, to lepsze samo przychodzi. nagle. niespodziewanie. dążyć, ale na los obecny nie skarżyć.. jak sięgnę pamięcią to ostatni raz leżałam gdy byłam w ciąży z Tosią. bo tak to wiecznie szkoda mi czasu. tyle jest do zrobienia.. ja nie mówię, że to dobre, może i lepsze o wiele podejście gdzie się człowiek kładzie i w nosie ma.. w końcu może nie na robocie świat polega.. ostatnio moja znajoma mówi.. „wiesz, z tymi dziećmi to nie ma końca, nawet jak dziesięć lat mają to trzy godziny przy lekcjach trzeba z nimi siedzieć, prace plastyczne robić”… hmm… nie wiedziałam co odpowiedzieć, bo dla mnie to było i jest bardzo oczywiste i naturalne. decydując się na dzieci, decydujesz się na życie w połowie dla nich, lub całkiem dla nich.. to już zależy od potrzeb rodzica i każdy może jak chce. dla jednych tak lepiej dla innych inaczej i wcale niepowiedziane co lepsze.. ale czy ten czas przy lekcjach nie może być fajny? patrzysz jakie ma bazgroły w zeszycie z tyłu popisane, coś o nauczycielce pogadacie, pośmiejecie się, powycinacie wspólnie… możnaby też było w tym czasie przeczytać gazetę, obejrzeć film lub poplotkować z sąsiadką, ale uważam, że wszystko da się pogodzić, a ten czas z dzieckiem, obojętnie przy czym spędzony jest jedną z najlepiej wykorzystanych chwil w naszym życiu… nawet z matematyką w tle… byłam wczoraj na zebraniu przedszkolnym.. i mówią, że na festyn to po piętnaście ciast z każdej grupy potrzeba.. słychać gdzieś po kątach „ło rany, o Boże”.. te wzdychania, że coś trzeba.. rozglądam się i nie wierze. raz na rok proszą o ciasto i pierwsza reakcja to marudzenie.. a ja drodzy Panśtwo z chęcią zrobię dwa i muffin dopiekę do kompletu. i nie dlatego, że mam więcej czasu, bo go nie mam.. mam tylko więcej chęci.. jak mam obiad z poprzedniego dnia i chwilę czasu to sadzam Benka do leżaka żeby nas widział, Tosię sadzam na blat i robimy. Tosia mąkę rozsypuję, jajka tłucze, nie tam wlewa białka gdzie powinna.. no cyrk! sprzątania na pół godziny… ale ja po prostu lubię się narobić. bo jak żyć inaczej? są Mamy co o 18ej z pracy przychodzą i mają jeszcze tyle obowiązków domowych.. pranie, obiad na drugi dzień. ale nie wierzę, że w tych dwóch godzinach od osiemnastej do dwudziestej nie spędzają pół godziny z dzieckiem.. więc niech to pół godziny będzie zabawą w pieczenie ciasta.. były też Mamy co wpisały, że zrobią dwa ciasta.. serce rośnie! staram się nigdy nie oceniać ludzi, zawsze, nawet jak znamy Kogoś latami, to zawsze wiemy o Nim za mało by go oceniać. najczęściej w życiu kiedy ciężko pracujemy, to możemy odnieść sukces. nikt nam tego nie gwarantuje, ale jest wtedy nadzieja.. czekając na lepsze czasy, leżąc na kanapie, mogę obiecać, że nie nadejdą.. słowem praca nazywamy oczywiście wiele.. pracę fizyczną, umysłową.. jeden ma sprytu więcej, drugi mniej i narobić więcej musi.. jeden większy ma talent a inny żadnego nie ma. bywa różnie. nie ma reguł i sztywnych zasad. ale często ludzie by dziś chcieli dużo dostawać.. i ciąglę słyszę, że robota, dzieci, dom, robota, dzieci, dom.. i ani wakacji, ani nic.. a ja się tak cieszę jak mi sił wieczorem starczy by paznokcie pomalować, na tych moich zdrowych rękach co pozwalają mi dzieci nosić i kąpać.. prawda jest jedna.. robić trzeba.. można robić i być nieszczęśliwym albo można robić i być szczęśliwym.. wybór należy do Ciebie, jak spędzisz jedyne życie jakie Ci dano.. a jak tak się narobisz to i nagroda czasami przyjdzie.. uśpiłam dzieci i już chciałam usiąść gdy przypomniało mi się, że pranie jeszcze trzeba rozwiesić. poszłam więc. jak rozwiesiłam to już niby koniec roboty, a tu podłoga cała w kićkach. a podłoga w pralni biała to widać jak cholera. idę więc po odkurzacz, wlokę, odkurzam, bo tak mnie to denerwuje, że nie zasnę. i jak już się uporałam to siadam obok męża i mówię.. „tak mi się marzy taki odkurzacz co sam odkurza, bo ja tutaj codziennie ciągle odkurzam. góra dół, góra dół..”. na co On stwierdził, że może pomyślimy.. i wtedy po raz kolejny zaczęłam się bać własnych myśli.. zdarzyło się to trzeci raz. dosłownie cztery dni po wypowiadanych słowach się staje.. wracamy z wyciągu narciarskiego z dzieciakami siostry kiedy przychodzi mi mail.. „Pani Julio, czy nie zechciałaby Pani przetestować naszego nawilżacza powietrza, a potem napisać kilka słów?” Nawilżacz zawsze chętnie, bo w naszym domu jest 30 procent wilgotności i nawilżam do snu i dla dzieci. Benio jako atopowiec musi mieć wilgotno, Jego skóra nieznosi suchości. Patrzę. Ładny, duży, konkret, potrzebuję, biorę. Angażuję się w posty sponsorowane gdy faktycznie to mi się przyda. i pisze jeszcze ten facet „Pani Julio, jak Pani taki post wycenia?” a ja słuchajcie na tej Ich stronie znajduję co?!?! odkurzacze co same odkurzają! i pisze do Niego „Panie, ja nie chcę żadnej kasy, Pan da ten odkurzacz a ja będę w dziesiątym niebie!”. i dali. Nawilżacz i odkurzacz. to najpierw może o nawilżaczu bo o Niego miało się rozchodzić najbardziej.. Stadler-form to Szwajcarska marka, która oprócz funkcjonalności nie zapomniała o wyjątkowym wyglądzie. Uwielbiam połączenie staroci z nowoczesnymi formami. Nawilżaczy mamy kilka, jednak te, które są w stanie nawilżyć nasz dom są przemysłowe i wyglądają okropnie. Te małe do pokoików dziecięcych są już zgrabniejsze i dekoracyjne. Jednak nic nie było w stanie dać rady sypialni, ktora ma 40 metrów kwadratowych i wielką kubaturę, bo ma około 5 metrów wysokości.. Dlatego dla mnie to zapytanie ofertowe było genialne. Włączam jakiś czas przed spaniem na największą prędkość a potem przełączam na tryb nocny czyli bardzo cichutki. Choć Benio woli jak szumi, co oczywiste przy maluszkach. śpi przy tym szumie jak zaczarowany. Nawilżacz ma dozownik zapachów, czujnik ruchu, dotykowy panel sterowania. posiadamy w domu rekuperację, ale przy Benia chorobie każde dodatkowe oczyszczanie jest pomocne. nawilżacz ma również fukncję oczyszczania powietrza. po miesiącu testów mogę stwierdzić, że wad nie widzę. gdy chodzi na najwyższym, najmocniejszym poziomie to go słychać, jednak wydmuchuję On taką ilość wody, że jest to zupełnie wytłumaczalne i usprawiedliwiam go maksymalnie 🙂 można zobaczyć tutaj. odkurzacz iRobot!!! – o mój ukochany! Tosia nazwała go Modo. Benek myśli chyba, że mamy psa 🙂 nabrudzimy w przedpokoju, ja idę robić obiad, a tam się odkurza. albo jadę na zakupy i zaniosę go na górę a on mi odkurza. oczywiście trzeba mu jakoś delikatnie przestrzeń naszykować. czyli schować kable by się nie zaplątał lub odstawić krzesła od stołu. ale to drobnostki. wjeżdża w każdy kąt. jak podjeżdza pod schody to odkurzy i wraca, bo jego czujki wyniuchują pustą przestrzeń pod nim. jest bardzo łatwy do czyszczenia. posiada pilota i także oczyszcza powietrze odkurzając. czasami jak nie zbierzemy klocków to je w kąty poroznosi, więc lego musi być uprzednio uprzątnięte. powiem Wam, że jak dla mnie to pomoc ogromna. czasami jest taki śmieszny, jak domownik 🙂 a odkurzacz tutaj. pościel z łosiem –
We wspólnym wywiadzie z Krzysztofem opowiadają o swojej relacji, wspominają Marię Czubaszek i Bohdana Smolenia oraz czas, kiedy "spadając podali sobie ręce". "Staramy się cieszyć każdym dniem, bo oboje jesteśmy po bardzo ciężkich przejściach. Krzysiowi zmarła żona, mnie siostra i szwagier, w tym samym czasie.
Czy nie zwróciłeś uwagi kiedyś, iż mimo iż nasi dziadkowie jedli smalec, chleb ogórki i to co znaleźli na półce sklepowej, co jak wiemy nie wiele było w czasach PRL-u to jednak dłużej żyli, jakby mniej chorowali. Jakby temat nowotworów nie był tak popularny a coś takiego jak alergia w ogóle nie istniało. Co się zatem stało z tą nasza żywnością w Polsce, ze mimo, iż wszystko jest to wszyscy krzyczą piszą i alarmują, iż nasze strawy są coraz bardziej niezdrowe (mimo, że coraz bardziej smaczne). Owe różnice miedzy czasami PRL-u a całkiem młodymi przecież bo raptem 15 lat Uni Europejskiej sprawiło kolosalną różnicę w jakości pożywienia. Olbrzymie lobby przemysły żywieniowego sprawia, że nie liczy się już jakość żywności ale ilość, nie liczy się już zdrowie klienta ale dochody korporacyjne. Nie liczy się ilość składników w kurczaku ale waga kurczaka itd. To wszystko tak się przecież zazębia. Tak wiele powstaje zatem nowych aptek, magików żywieniowych, i sklepów ze zdrową żywością. Co zatem jemy? Bądź świadom. Poniżej kilka najważniejszych informacji. A zatem po pierwsze wcinasz MOM czyli tańsza wersja mięsa oddzielanego od kości zwierząt czyli tańsze kiełbasy, parówki o których tak lubimy ponarzekać, że jakie to świństwo, a i tak lider sprzedaży. Wszelkiego rodzaju konserwy gdzie to niekoniecznie dopatrzymy się co tam w środku jest przecież. Krótko mówiąc wielu tak mówi i nie boje się i ja tego powiedzieć to najgorsza jakość mięsa, którą w dawnych czasach szlachta dawałaby swoim psom. Zresztą tak samo jest chipsami dziś. Kiedyś karmiono tym świnie, a dziś jak to się młodzież zachwyca jakie to smaki wymyślała przeczadowe. Mięso MOM to zmielone chrząstki, kości, ścięgna. Pazerne korporacje sprawiły ,że nawet w produktach dla dzieci i niemowląt dodawane jest MOM. Najbardziej popularnym mięsem do jedzenia jest kurczak. Przyjrzyj się dzisiejszym dzieciakom i młodzieży. Czasami 14 letni chłopiec ma posturę 18 latka. Nie dziwi Cię to? Tyle, że często narządy wewnętrze jeszcze zostały na poziome 14 latka i musi biedaczyna dostawać zwolnienia z W-Fu bo nie jest wstanie przebiec 100 metrów bo cerce nie daje rady przetoczyć tyle krwi. Kury tak samo jak świnie w wielkich gospodarstwach tuczone są dzisiaj sterydami i sztucznymi paszami. Przez kilkanaście ostatnich lat waga kurczaków i świń wzrosła kilkukrotnie w takich hodowlach. Zobacz jak to się przenosi na dorastające dzieci. Ryby. Nie dość, że są drogie to jeszcze nasza świadomość które jeść jest znikoma. Te najbardziej dostępne są najbardziej niezdrowe, a konserwy rybne to już w ogóle bezwartościowa papka z białkiem ale i z otoczką takiej gamy chemii, że nie łódź się. Jedząc rybę z konserwy robisz sobie więcej złego niż dobrego. Najgorsze ryby są te z hodowli jak łosoś norweski, pstrąg. One są tuczone tak samo jak świnie. Czy wiesz, że pstrąg musi rosnąć 1,5 roku na wolności aby osiągnął wielkość dorosłego osobnika? A wiesz, że w stawach hodowlanych osiągają taką wielkość po 3 miesiącach. Ryby są tak faszerowane sterydami, antybiotykami i paszą przemysłową, że woła to o pomstę do nieba, ale my to jemy! Warzywa Marketing, reklamy sprawiły, że brzydkie warzywa i owoce się nie sprzedają. Musza być ładne, okrągłe, wybarwione takie wiesz mucha nie siada. A banan musi być najlepiej prosty. Jednak aby tak wyglądały muszą byś hodowane na sztucznych nawozach i do tego opryskiwane pestycydami aby robaki się tam nie lęgły, a potem Ty to jesz. Masakra jakaś. Zdrowe produkty z obniżoną kalorycznością czyli tzw. lightJ Aby to osiągnąć z takiego produktu usuwa się nadmiar tłuszczu i nikt nie wnika, że wraz z tym usuwa się całą gamę drogocennych składników niezbędnych do prawidłowego funkcjonowania organizmu np. witaminy z grupy A czy D. Głównym składnikiem dosładzającym produkty w dzisiejszych czasach to czysty chemicznie aspartam tyle, że gdy poddawany jest obróbce cieplnej traci swoje właściwości, a zamienia się czystą toksynę. No przecież nie napiszą Ci tego na opakowaniu. Można by jeszcze wiele o tym pisać, może skusze się w kolejnych artykułach. Jednak dziś trzeba gruntownie przemyśleć nasza dietę, sposób jedzenia i to co kupujemy w sklepach. Nie chce Ci się, ok, ale nie dziw się, że po wizycie od lekarza dowiesz się któregoś dnia, że masz nowotwór. Wybór należy do nas. Warto może przemyśleć także post od czasu do czasu do którego przecież sam Jezus przyuczał, a wtóruje mu i dziś Matka Boże w Medjugorie. Okazuje się, że to nie tylko może wyjść nam na dobre dla ducha ale i dla Ciała. Bądź świadom, otwórz oczy! Opracowanie: Rudi Stankiewicz Trener Instruktorów Pierwszej Pomocy Przedmedycznej EFR nr 610805 Technolog Żywienia Zbiorowego
Młody BOOK.owsky: Są takie dni凉 Źródło: YouTube - Beautiful disaster by Dr Phil Obserwuj
Kiedy Kubuś przyszedł na świat, mój ojciec po prostu oszalał na punkcie wnuka. Było to dla mnie sporym zaskoczeniem, bo wcześniej nie przepadał za dziećmi. Ze swojego dzieciństwa pamiętam go raczej jako Wielkiego Nieobecnego. Przeważnie był w pracy, wychodził z domu, gdy jeszcze spałem, i wracał, kiedy już leżałem w łóżku. Pamiętam tatę głównie z weekendów, kiedy siedział w fotelu przed telewizorem i odpoczywał. Nie było mowy, aby pograł ze mną w piłkę albo poszedł na sanki… Dlatego pewnie nie miałem z nim nigdy dobrego kontaktu. Darzyłem go szacunkiem, ale daleko nam było do kumpelskich relacji, jakie mają moi koledzy ze swoimi ojcami. Przyznaję, czasami nawet czułem ukłucie zazdrości Jak już wspominałem, dla mojego synka okazał się najczulszym i najbardziej kochającym dziadkiem. W jego domu Kubie wszystko było wolno, on sam poświęcał wnukowi każdą chwilę… Przyznaję, że gdzieś w głębi czułem nawet zazdrość, bo ja nie miałem nawet ułamka tej uwagi, którą poświęcał mojemu dziecku. Na przykład, jak Kuba skończył cztery lata, ojciec kupił sobie i jemu rower, i zaczął zabierać wnuka na wycieczki po okolicy. Przez całą zimę tworzył w swojej szopie dla Kuby wielki wóz drabiniasty, aby chłopiec miał się czym bawić na wsi w ogrodzie. Strugał mu krowy i konie. – Jest lepszym dziadkiem niż ojcem… Wreszcie dojrzał do tego, aby bawić się z dzieckiem – nawet moja mama to widziała. Ale zabawa zabawą, a głupota głupotą. Wnukowi przecież nie można pozwalać na wszystko! Ta sytuacja pewnie nigdy by nie miała miejsca, gdyby nie zabrakło na tym świecie mojej mamy… Ona w życiu by nie pozwoliła na coś takiego! Ubiegłej zimy wysłaliśmy dwunastoletniego Kubę do dziadka na wieś, na całe ferie. Uznaliśmy, że wnuk aż się do tego wyrywa, a starszemu panu dobrze zrobi jego towarzystwo, bo to przecież pierwsza zima bez babci. Po tygodniu pojechaliśmy z żoną w odwiedziny, no i po to, żeby podrzucić dziadkowi i wnukowi trochę domowej wałówki. Dojeżdżaliśmy prawie do chałupy ojca, kiedy zauważyłem jego cinquecento zasuwające przez pola. Śniegu było mało, ziemia zmrożona i twarda, samochodzik pruł, tylko podskakując na wybojach. – Oho, tata akurat wraca do domu – powiedziałem do Julki i wytężyłem wzrok, bo coś mi się w tym samochodzie nie podobało… Mój ojciec ma ponad metr osiemdziesiąt wzrostu, więc ledwie mieści się w swoim autku, a tymczasem z daleka tak wyglądało, jakby za kierownicą nikogo nie było. Auto wypadło przed nami na drogę i po kilku minutach wjechało na podwórko. My za nim i wtedy ze zdumieniem zobaczyliśmy za kierownicą… naszego syna! – Oszalałeś? Kto ci pozwolił prowadzić?! – wyciągnąłem dzieciaka z samochodu i zacząłem go szarpać. Wtedy z ust przerażonego chłopca padło magiczne słowo: – Dziadzio! Byłem pewny, że się przesłyszałem, albo że mój syn zmyśla. Ojciec nie mógł być tak nierozsądny! Dał kluczyki do samochodu dzieciakowi, który ledwie skończył szkołę podstawową?! A może jednak to mój syn je cichaczem zabrał, gdy dziadzio odbywał popołudniową drzemkę? Trudno, żebym od niego wymagał rozsądku, skoro ma dopiero dwanaście lat. A jak ruszył samochodem? Przecież od lat się przygląda, jak ja to robię, to jakoś udało mu się odpalić. Na gokartach radzi sobie nieźle, to i małym fiacikiem pojechał. Jeszcze jeden taki numer i nigdy go nie zobaczysz! Mamy tor gokartowy niedaleko domu, Kuba nieraz mnie prosił o pieniądze na rundkę, i patrzyłem z zadowoleniem na popisy jedynaka. Ale co innego jazda na torze, a co innego po drogach prawdziwym samochodem! Mój ojciec jednak niespodziewanie zlekceważył tę różnicę… – Przecież tutaj nikt nie jeździ, więc niech sobie chłopak ćwiczy! Wysyłam go samego autem do sąsiadów po mleko, widziałeś, jak już sobie dobrze radzi za kierownicą? - wyraźnie puchł z dumy, że ma takiego wnuka. – Poza tym zima taka marna, nudzi się chłopaczysko… A mnie nagle trafił szlag. – Chyba ojciec przesadza! – wycedziłem przez zęby, a potem już poszło, nie panowałem nad sobą. Nie pamiętam dokładnie, co krzyczałem, ale nie były to miłe rzeczy, zdarzały się także niecenzuralne słowa. Po minie ojca widziałem, że jest i zaskoczony, i wściekły, ale mi nie przerywał. Jego spokój jeszcze bardziej wyprowadzał mnie z równowagi, aż w końcu wrzasnąłem, że zabieram syna i więcej go nie zobaczy. Tutaj tato zbladł jak ściana, a moja żona wreszcie postanowiła wtrącić swoje trzy grosze. Zaproponowała, abyśmy nie działali w emocjach, tylko weszli do domu, napili się kawy, pogadali na spokojnie. Było to rozsądne wyjście, jednak ja za bardzo się już nabzdyczyłem. – Moja noga w tym domu nie postanie! – stwierdziłem i przesiedziałem godzinę, marznąc w samochodzie, zanim Julce udało się mnie namówić na wejście do środka. Kuba nie wrócił do domu, tylko został u dziadka do końca ferii. Przed odjazdem zapowiedziałem jednak im obu, że jeśli jeszcze raz mój syn przed otrzymaniem prawa jazdy zasiądzie za kierownicą samochodu, to mnie obaj popamiętają! Tylko co ja mam teraz zrobić? Jak się zachować, kiedy zamiast ochrzanić syna, że złamał mój zakaz, powinienem mu za to… podziękować? Niewiele myśląc, Kuba wsiadł za kierownicę Kuba bowiem znowu poprowadził samochód, ale tym razem nie jechał dla zabawy czy po mleko do sąsiadów. Gnał do szpitala z chorym dziadkiem i lekarz powiedział nam jasno – mój ojciec zawdzięcza życie tylko temu, że znalazł się tak szybko na intensywnej terapii. W połowie drugiego tygodnia tych pamiętnych ferii mój tata miał wylew. Ja uważam, że sam się do tego przyczyniłem tą koszmarną awanturą, ale żona powtarza, że zanosiło się na to od dawna, bo dziadek należy do wysokociśnieniowców. Tak czy inaczej, gdyby nie Kuba… – Dziadzio nagle zbladł tak strasznie – opowiadał nam w szpitalu przejęty syn – a potem jakby jedna połowa twarzy zjechała mu w dół. Tak się dziwnie wykrzywił… Myślałem, że sobie tylko żartuje, ale zaczął coś mówić niewyraźnie. Chciał wstać od stołu i nie mógł. Wtedy się okropnie przestraszyłem – relacjonował Kuba. Nasz syn, choć jest dopiero w pierwszej klasie gimnazjum, zorientował się w końcu, że dzieje się coś złego. Złapał za swoją komórkę, żeby zadzwonić do szpitala, ale jak zwykle na wsi nie było zasięgu! – No i pamiętałem przecież, że babunia zmarła, bo karetka nie przyjechała na czas – powiedział. To prawda. Miesiącami potem wałkowaliśmy, czy mama by żyła, gdyby w porę otrzymała właściwą pomoc. Nic więc dziwnego, że Kuba przestał liczyć na karetkę, a zaczął na siebie. Jakoś udało mu się doprowadzić dziadka do samochodu… – Bałem się policji, ale pomyślałem, że to nawet dobrze, gdybym ich spotkał. Mnie by aresztowali, ale za to dziadka zabraliby radiowozem na sygnale szybciej do szpitala. Ale po drodze nie było żadnej policji, nie było także specjalnego ruchu. Mój syn dotarł więc bezpiecznie do izby przyjęć, a tam dziadkiem zajęli się już lekarze. Szpital miał obowiązek powiadomić policję, na szczęście zawiadomiono także nas i dwie godziny później byliśmy już na miejscu. – W wyjątkowych wypadkach możemy odstąpić od mandatu i powiadomienia prokuratury o wykroczeniu, a tutaj zaszła taka sytuacja. Chłopiec jest bohaterem – usłyszałem od komendanta i odetchnąłem z ulgą. Na razie tata mieszka z nami. Kuba opiekuje się dziadkiem i nie może się doczekać, aż znowu razem pojadą na wieś. A ja nadziwić się nie mogę, jak wspaniałego mam syna. Poprzednie uczucie złości ustąpiło miejsca wielkiej ojcowskiej dumie. Jakie to szczęście, że Kuba mnie nie posłuchał i wsiadł za kierownicę.
Plik 22 Są takie dni czasami (wersja instrumentalna).mp3 na koncie użytkownika Agnieszka92 • folder Piosenki mama, tata, babcia, dziadek • Data dodania: 19 mar 2020 Wykorzystujemy pliki cookies i podobne technologie w celu usprawnienia korzystania z serwisu Chomikuj.pl oraz wyświetlenia reklam dopasowanych do Twoich potrzeb.
Są takie dni kiedy łzy same cisną się do oczu, Są takie chwile kiedy czuję jakby ktoś obok mnie kroczył. Zanim dojdę do celu potknę się, ale wiem, że każdy upadek wzmocni mnie. Składam dzięki za wszystko, za to, że możemy być blisko. Posłuchaj mądrości korzeni, słów. To świat Twój na lepsze się zmieni, znów. Niech radio emituje fale, które lubię, Czuję się bezpieczny i wiem, że się nie zgubię Fale, które lubię z nimi czuję się bezpieczny, wiem że się nie zgubię . I te momenty gdy uczucia są przejrzyste, A te spojrzenia między nami oczywiste. I znowu łzy, już nie panuję nad tym, Pozwól mi, jeszcze chodź jeden z sobą spędzić dzień, Uczynić rzeczywistym piękny sen, by dotrzeć na czas i odkryć to w nas. Zanim dojdę do celu potknę się, ale wiem, że każdy upadek wzmocni mnie. Składam dzięki za wszystko, Za to, że możemy być blisko. Posłuchaj mądrości korzeni, słów To świat Twój na lepsze się zmieni, znów Niech radio emituje fale, które lubię Czuję się bezpieczny i wiem, że się nie zgubię. Fale, które lubię z nimi czuję się bezpieczny, wiem że się nie zgubię.
dziadek z windy. Oferowana nam jest bowiem mrożąca krew w żyłach wiadomość, że dziadek znanego literata pracował jako windziarz w hotelu, w którym zatrzymywali się sowieccy pro-minenci, przyjeżdżający do Warszawy (żeby było śmieszniej, ta nowina zaczerpnięta została tym razem nie z ubeckich ma-
@Dariel: @nappy nie. Nie kazda osoba ma pick energiczny z rana. Ppwiedzialbym że wiekszosc osob ma w innych porach. Ja np. najlepiejbdzialam tak okolo 16 do 20 i wtedy najwiecej rzeczy moge ogarnac. I nie, nie pomaga wczesne wstawanie, dlugi sen itd. Zawsze rano jestem senny i malo efektywny. Problem z 'wybudzeniem' i wysoką efektywnością krótko po (dobrym) śnie wynika raczej z czegoś innego (może pijesz kawę z samego rana od dawna?). Generalnie peak kortyzolu z rana jest dość 'uniwersalny' wśród ludzi którzy nie zaburzają rytmu dobowego (circadian rhythm). Istnieje nawet coś takiego jak 'weekendowy' jetlag kiedy to 'wysypiamy się porządnie' (chodzimy spać później, wstajemy później) i tym samym rozregulowujemy ten rytm. Wydaje nam się, że chodzimy spać regularnie (pon-pt) a przez takie weekendy zamiast odchyłów po ~30min-1h mamy odchyły po kilka dobrych godzin tygodniowo. Nie twierdzę, że wszyscy jesteśmy identyczni - ale wszystkimi nami rządzi Circadian Rhythm - który to wynika bezpośrednio z dostępności światła słonecznego w środowisku w jakim żyjemy (noc/dzień).
– Razem z dziadkiem jeżdżą na ryby. Dziadek jeszcze zbiera znaczki, czyta książki i lubi bujać się w fotelu. Kiedy dziadek buja się w fotelu i czyta, babcia chodzi ze swoimi koleżankami na gimnastykę. Chciała, żeby dziadek też chodził na gimnastykę dla zdrowia, ale on powiedział, że woli bujanie, czytanie i znaczki.
„Chciałbym być dorosły” Chciałbym być wreszcie dorosły. Tak duży, jak mój tato! Chodziłbym z wielką teczką… I co wy powiecie na to? Mówiłbym grubym głosem, nikogo bym nie słuchał i wąsy by mi urosły, jak tacie od ucha do ucha. I ja też bym chciała być duża, paznokcie mieć kolorowe, i szminkę i puderniczkę, to byłoby bardzo fajowe. A może bym była królewną z koroną złotą na głowie i wtedy mama i tata robiliby to co im powiem. Gdy urośniemy, duzi będziemy tak wszystko wyczarujemy: Nie trzeba jeść kaszy z mlekiem! Ani myć uszu codziennie! A w nocy można nie spać! Być dużym jest bardzo przyjemnie. „Do czego służy tatuś” Do czego służy tatuś? Na przykład do prania kiedy za dużo pracy miewa w domu mama. Do trzepania dywanów, jazdy odkurzaczem, do chodzenia z córeczką na lody, na spacer. Do strugania, gdy złamie się twardy ołówek, do wkładania do mojej skarbonki złotówek. Do wspinaczki, gdy sobie przed ekranem usiadł. do pomagania w lekcjach też miewam tatusia. A kiedy się gazetą jak tarczą zasłania, przynoszę kolorową książkę do czytania. I razem wędrujemy do ostatniej strony… Do tego służy tatuś dobrze oswojony! „Dzisiaj Dzień Taty” Dzisiaj Dzień Taty, mojego taty i wszystkich ojców na świecie. Niosę dla taty z ogródka kwiaty. Co swoim tatom niesiecie? Kwiatka nie macie? Zarzućcie tacie na szyję ciepłe ręce, mówiąc do ucha – Tatku, posłuchaj, chcę cię uściskać, nic więcej! „Imieninowy prezent” Myślę i myślę już od godziny: Co kupić tacie na imieniny? Może futerał na okulary? Ciepły sweterek? Skarpet dwie pary? Pasek ciut dłuższy – bo tata utył… Dobry długopis – bo ma zepsuty… Wiem, co do gustu przypadnie tacie! Prezent wspaniały! Prezent w postaci lokomotywy z wagonikami, ze światełkami, z semaforami. Kupił mi taką przed rokiem prawie lecz nie pozwolił mi się nią bawić. Sam ją po szynach puszczał w pokoju. Kupię mu taką! Będzie miał swoją. „Męskie gotowanie” Wiesz co tato? Zróbmy dzisiaj sami obiad! Z trzech dań. Dla mamy. Wróci z pracy zmęczona, przemoczona do nitki, a tu na pierwsze danie: frytki! Na drugie… na drugie będzie… ananas z puszki, słodziutki, że lizać paluszki. A na deser – oczywiście jajecznica! A mama siada przy stole i się zachwyca! „Mój tatuś” Mój tatuś jak każdy tatuś wszystko zrobić potrafi: umie zegar naprawić i ucho przyszyć żyrafie, umie baśń opowiedzieć i podnieść mnie tak wysoko, abym świat cały zobaczył, a co najmniej mój pokój. Ale najbardziej lubię, kiedy w piłkę gramy i gdy w sklepie na rogu kupuje kwiaty dla mamy. „Na Dzień Ojca (23 VI)” Pracy w sam raz tyle, ile trzeba, żeby zarobić na kawałek chleba. Trochę czasu na niedzielne spacery, a na co dzień na rozmowę szczerą. Żebyś umiał być radosny jak ptaszek, żebyś ze mnie mógł byś dumny choć czasem i żeby spokojnie biegło nam życie, Tobie, tato, serdecznie dziś życzę. „Nie pożyczam swego taty” Do zabawy tata skory, gdy mi miną złe humory. Kiedy w pracy się układa, gdy obiady całe zjadam. Uśmiech taty jest kudłaty – humor taty nie na raty. Z tego słynie tata mój. Z tatą w piłkę, z tatą w bierki, namiotowe poniewierki. I rowerem hen! do lasu, gdy ma tylko trochę czasu. I choć czasem brak mi taty – kocham tatę nie na raty. Kocham przez calutki czas. Nie pożyczam swego taty za gotówkę lub na raty. I za żadne skarby świata, bo to mój kochany tata. „Tata” Tata … mógłby szybowcem latać! Dojść, aż na koniec świata! Tata się zna na kwiatach. Naprawi płot i fiata. Tata… mógłby chodzić lasami, górami. Mógłby w morzu szukać skarbów czasami. Mógłby wszystko! Ala chce być z nami, bo nas kocha! Bo my go kochamy! „Tata” Jeździ szybko samochodem, umie zreperować rower, telewizor i radio. Wie, dlaczego deszcz pada. I skąd wzięło się światło. Wszystko z tatą jest łatwe. A kiedy nie ma mamy to zwyczajem naszym gotujemy z tatą własny krupnik – oczywiście bez kaszy! „Tatuś” Śpij już tatusiu, no zaśnij wreszcie. Masz tu poduszkę i koc. Dobrze by było, gdybyś nie chrapał na cały głos. Dobrze by było, gdyby deszcz przestał tak głośno grać. Przestań już, deszczu! Tatuś zmęczony! Bardzo chce spać… „Wesoły tata” Mój tata jest niepoważny, ciągle się za mnie śmieje. Kiedy ja mówię: – Wciąż rosnę! On mówi: – Skąd, ty malejesz! Nie lubisz kaszy na mleku, zostawiasz ser i warzywa, więc wcale nie rośniesz, nie tyjesz, tylko wciąż ciebie ubywa! Staniesz się taki malutki, że w krasnoludka się zmienisz, będziesz się kąpać w akwarium i drzemać w mojej kieszeni. Nie pójdziesz na spacer z pieskiem, tylko z chomikiem lub z myszką. Ja na to: – Dobrze tato, jutro na obiad zjem wszystko. Ale ty razem ze mną chrup marchew i sałatę, bo jak się zmienię w zająca, chcę mieć zająca – tatę. „Zdolny tata” Mój tata umie śpiewać. I to jak?! Jak słowik! Potrafi także ziewać. I to jak?! Jak hipopotam! Umie biegać i skakać, pracować i leniuchować. Zna się na samochodach, komputerach, rowerach. I gwizdać umie jak wiatr, co nad sadem lata. Naprawdę! Bardzo zdolny jest mój kochany tata! „Z tatą w zoo” Tato zabrał mnie do ZOO! W ZOO zawsze jest wesoło! Tacie duszno pod krawatem, ale idzie z aparatem i kanapki niesie w dłoniach. – Może nakarmimy słonia? – Zrobię ci przy słoniu zdjęcie! Bliżej trąby! Bliżej uszu! Powiesz mamie: „Byłem w buszu!” Czekaj, bo słoń stanął tyłem… Nie, to trąba! Już zrobiłem! – Wszystko widać jak na dłoni, tylko… słonia ktoś zasłonił! – Już znudziły mi się słonie! Popatrz tato, tam są konie: małe, duże, różne rasy ; białe, czarne, w łaty, w pasy… Ten ma bardzo długą szyję… Jak on taką szyję myje? – Ten, co pręgi ma na żebrach, to nie koń jest – tylko zebra. A ten z szyją to żyrafa. – Osioł ze mnie! Co za gafa! – Kici, kici! Popatrz – kotki! A ten z grzywą jaki słodki! – To jest wybieg wielkich kotów. Każdy pożreć nas jest gotów! Widzisz, gryzą jakieś kości! – Może zjadły swoich gości? Tygrys w paski, lampart w łatki, a lew z grzywą cały gładki. Zaś ten czarny to pantera. – Uciekajmy! Pysk otwiera! – Tu są żółwie, krokodyle – wychowały się nad Nilem. A tu bardzo długi wąż. Ciągnie on się wciąż i wciąż. Dziesięć metrów ma długości, mógłby połknąć nas w całości. – Całe szczęście, jest za szybką! Chodźmy stąd syneczku szybko, bo tu duszno – mówi tata – Uf!!! Jak dobrze bez krawata. – Popatrz synku na te ptaki! Jakie piękne mają fraki! – Ponoć fraki wyszły z mody, a tu wchodzą w nich do wody! – To pingwiny! – poznał tata i mu głupio bez krawata. – Tato, widzisz tam niedźwiedzia? Z apetytem wcina śledzia! – Stary niedźwiedź, nieszczęśliwy, ze starości cały siwy! Tak się z tego śmiały foki, że aż je bolały boki. Hieny też się z taty śmiały, bo go małpy przedrzeźniały i ukradły mu banana. Niepotrzebnie drwił z pawiana. A struś dziobnął tatę w czoło. Z tatą w ZOO jest wesoło.
32 views, 0 likes, 0 loves, 0 comments, 0 shares, Facebook Watch Videos from on to robi: Czasami są takie dni w pracy że wszystko toczy się własnym rytmem. #praca #zabawne #work #fun
Od początku świata ludziom towarzyszyły marzenia senne. Mnóstwo osób do dziś zadaje sobie pytanie – skąd się one właściwie biorą? Jedni twierdzą, że są wynikiem naszej podświadomości, drudzy mówią, że związane są z naszymi pragnieniami. Jaka jest zatem prawda? Bardzo ciężko jest tutaj udzielić poprawnej odpowiedzi, ale pewne jest to, że sny są wielką zagadką i niewiadomą. Nie jesteśmy bowiem w stanie przewidzieć jakie marzenia przemkną nam przez głowę w czasie nocnego odpoczynku - zdarza się, że piękne sny, miłe, sympatyczne zapamiętujemy na kilka tygodni, kilka miesięcy, a nawet lat, lecz niestety, sny mogą również być okropne i straszne. W trakcie snu mogą pojawić się przeróżne wydarzenia, nietypowe sytuacje, przedmioty, rzeczy, osoby których wcale nie znamy, ale też przede wszystkim ludzie, którzy są z nami na co dzień. Takim człowiekiem jest dziadek - jak prawidłowo interpretować sen, w którym pojawi się postać ukochanego przez nas staruszka? Co mówi o tym sennik? Dziadek – znaczenie snu Dziadkowie to osoby, które wnuczęta kochają całym sercem. Zawsze służą dobrą radą i dają bezgraniczną miłość swoim małym pociechom. Najczęściej kojarzeni są z rozsądkiem, spokojem, opanowaniem, dobrą radą, a także licznymi wspomnieniami z dawnych lat. Ile to osób siadało dziadkom na kolanach i słuchało jak żyło się w Polsce w dawnych czasach? Ile to razy mogliśmy się cieszyć, gdy dziadek zabierał nas na przejażdżkę rowerową, na ryby, objaśniał ilustracje w szkolnych książkach, albo dał wymarzony prezent? Chociażby dlatego warto pamiętać o tych ludziach, bo może i na stare lata mają swoje przyzwyczajenia czy drobne dziwactwa, których nie jesteśmy w stanie zrozumieć, ale o ile smutniej by było, gdybyśmy nie mogli się z nimi spotkać, porozmawiać, usłyszeć dobrej rady płynącej prosto z serca? Dlatego też dziadkowie zajmują tak ważne miejsce w naszym życiu - nic więc dziwnego, że podczas snu pojawi się przed nami czasem postać ukochanego staruszka. Czy to dobrze, czy źle? Co ma do powiedzenia na ten temat sennik? Skoro dziadkowie to tak ważne i pozytywne postacie w naszym życiu, to czy w takim razie sny z ich udziałem mogą być negatywne? Właściwie jest tak tylko w jednym przypadku - znaczna część snów o dziadku nawiązuje bowiem raczej do takich wyjaśnień jak mądrość, tradycja, bezpieczeństwo. A zatem do pozytywów. Oczywiście, wszystko zależy od kontekstu w jakim pojawia się nasz dziadek. Jeżeli po prostu go widzimy, znaczy to że mamy szansę na osiągnięcie znacznego sukcesu, a także będzie to oznaczało wielką pomyślność. Z kolei rozmowa z nim może zwiastować udane przedsięwzięcia. Dlatego po takim śnie warto od razu zabrać się do pracy. Również zdarzają się przypadki, że podczas marzeń sennych pojawi się inny senior, a mianowicie nasz pradziadek. Interpretacja snu jest wówczas bardzo prosta - symbolizuje on mądrość, opiekę i tradycyjne wartości. Kiedy zatem sennik mówi coś negatywnego o snach, w których pojawia się dziadek? Właściwie można zaryzykować stwierdzenie, że praktycznie wszystkie sny, w których pojawia się ta osoba są miłe i sympatyczne, jednak sytuacja ma się nieco inaczej, gdy podczas marzenia sennego widzimy siebie, w czasie rozmowy ze starszym panem, ale obcym. Wówczas można się spodziewać, że nasza droga do celu będzie niełatwa i nieco wyboista. Jednak ogólnie rzecz biorąc, nie jest to aż tak duży problem, który miałby nam spędzić sen z oczu. Tak więc jeśli starszy pan pojawi się w naszych marzeniach sennych, możemy dalej smacznie spać.
Piosenki na Dzien babci i Dziadka • pliki użytkownika mariadylo przechowywane w serwisie Chomikuj.pl • 22 Są takie dni czasami (instr).wma.wma, 22 SÄ… takie dni czasami (instr).wma.wma Wykorzystujemy pliki cookies i podobne technologie w celu usprawnienia korzystania z serwisu Chomikuj.pl oraz wyświetlenia reklam dopasowanych do
Scenariusz przedstawienia z okazji Dnia Babci dla dzieci starszych klas szkoły podstawowej Nawrócenie wnuczki Występują: Anioł 1, Anioł 2, Anioł 3, Anioł 4 Babcia Wnuczka Monika Wystrojona Zośka Przyjaciółka Lucyna Blokersi (adekwatnie do układu tanecznego- 2-4 osoby) Diabeł Scena I: Anioły w niebie Anioły patrzą z nieba na swoje ziemskie sektory (np. przez lupy, lornetki, bądź bez przyrządów). Przychodzi Anioł- szef (Anioł 1) Anioł 1: Witaj mój Aniele! Dużo pracy? Anioł 2: EEEeeeee, niewiele. Sektor pierwszy spokojniutki, a ten drugi tak malutki, że tam nigdy nic się nie dzieje- ani w dzień zwykły, ani w niedzielę Anioł 1: A co u Ciebie anielski strażniku? Anioł 3: No, w sektorze trzecim trochę krzyku- mały Jasiu obrażony, wykrzykuje we wszystkie strony. To na mamę, to na brata, myśli, że jest pępkiem świata! Anioł 1: Oj, niedobrze z tym co tam mamy....ale z interwencją jeszcze poczekamy.... A co słychać w czwartym sektorze? (do kolejnego anioła) Anioł 4: Nic się nie dzieje.....a nie! O Boże! Kto tam tak płacze, kto tam tak łka? Aż całą poduszkę mokrą ma! Anioł 1: Nie żartuj sobie czasami! Musimy się dowiedzieć, co kryje się za tymi łzami! (do Anioła 4): Leć Aniele! Rozpoznaj sytuację! A wtedy wymyślimy jakąś akcję! Scena II: Anioł 4 zlatuje na Ziemię, siada przy płaczącej Babci na łóżku Anioł 4: (do siebie) O rany! Cała zapłakana! Cóż też się mogło przydarzyć.... przecież to taka staruszka kochana..... Babcia płacząc, łka do poduszki, Anioł się przysłuchuje Dzieci moje do Anglii poleciały, myślały, że tam miodem będą opływały. Wnuczęta mi na głowie zostawiły- oj jaki wielki błąd zrobiły. One się wcale mnie nie słuchają, nie wiem gdzie jedzą, ani gdzie sypiają Zwłaszcza o najmłodszą się boję bardzo, toć to jeszcze dzieci, a mną tylko gardzą! Scena III: Anioł 4 wraca do nieba i zdaje pozostałym relacje Anioł 4: Już wszystko wiem! Nie uwierzycie, jakie ta staruszka ma smutne życie! Tylko posłuchajcie...... (Anioły robią koło- jakby się naradzały, Anioł 4 szepcze pozostałym do ucha- a oni wydają dźwięki niedowierzania) Anioł 1: Decyzja musi być ostrożna! Zostawić tego tak nie można! (Do Anioła 4): Poleć anielico do Babci na Ziemię, i utul ją do snu- niech choć troszkę podrzemie (Anioł 4 zlatuje do Babci, siada przy niej na łóżku i ją przytula we śnie) (Do Anioła 2): Ty natomiast poleć do tej młodszej wnuczki, a gdy zaśnie, spróbuj jej do rozsądku przemówić..... Anioł 2: Ale jak? Anioł 1: Nie wiem.....Ty już znasz różne sztuczki!! Scena IV: U śpiącej wnuczki w pokoju Anioł 2: O rany! Wygląda niewinnie, więc czemu swą babcię traktuje tak dziwnie? Ciekawe, co też siedzi w jej głowie....? Kto nam tu o tym opowie...... (myśli) Diabeł1 zakrada się od tyłu i wyskakuje z widłami: Diabeł : A ja wam opowiem! Tylko słuchajcie! I wszyscy ze mną porozrabiajcie! Anioł 2 (zaskoczony, poirytowany): O nie.... to Ty znowu stoisz za tym bałaganem, i myślisz, że jestem wszystkiego Panem?!? Diabeł : No to patrz! Ja jej tylko szepnę do ucha, i zobaczymy kogo posłucha (śpiącej wnuczce do ucha): Gdybyś tylko mogła i mi w czymś pomogła: Bądź nieznośna, wstrętna i nieuśmiechnięta Na prośby głucha, dokuczliwa jak mucha I babci nie słuchaj, śmiechem w twarz jej buchaj Anioł 2 (z drugiej strony śpiącej wnuczce do ucha): Nie słuchaj diabełka, on jest jak mgiełka. Minie za chwilę i będzie z niego tyle! Diabeł : Nie słuchaj anioła, on ma skrzydła- odleci. Nie zadowoli nigdy dzieci! Bądź sobą po prostu, obrażaj wszystkich prosto z mostu! Przyjaźń miej w du...... Anioł 2: ...... żym poważaniu! Pamiętaj o swej babci przy każdym śniadaniu. Diabeł : Nie szanuj nikogo, a zajdziesz daleko tą drogą! Anioł 2: Gdybym był na Twoim miejscu, nie słuchałabym diabła, bo gada bez sensu! (Do diabła) Oj budzi się!! Uciekajmy!! Idź już , niewiele czasu mamy! Diabeł : A pal to licho! (Do publiczności) Choć teraz zobaczymy, kto zawładnął nad myślami dziewczyny..... Scena V: Wnuczka się budzi Wnuczka (do siebie): O rety! Jaki koszmar miałam! I diabeł w nim był, i anioła widziałam.... I gadali coś do mnie, ze sobą się kłócili I zdawało mi się, że naprawdę tutaj byli Aaaaa, przejmować się nie będę Dzień kolejny zacząć trzeba Znów trochę porozrabiam I tak nie pójdę do nieba Ubiera się, wychodzi na podwórko, spotyka wystrojoną Zośkę i Lucynę: Wnuczka: O Zocha! Co Ty taka wylalana? Chcesz podrywać wszystkich chłopaków od rana? Oooo nie....kochana:) Zośka: A Ty co? Spadłaś z nieba? Nie wiesz co dziś zrobić trzeba? Wnuczka: A co niby? Co takiego? Czyżbym zapomniała wszystkiego? Zośka: Przecież dziś Dzień Babci i Dziadka mamy! Co w prezencie naszym dziadkom damy?? (Monika zaskoczona, Zośka myśli, a w tle zbliżają się już blokersi) Blokersi: Co jest dziewczyny? Pomysłów nie macie? Nie wiecie co im w prezencie dacie? My mamy wizję! Bo my zatańczymy, i wszystkie Babcie i Dziadków olśnimy! Układ taneczny Blokersów Wnuczka (do Lucyny, Zośki i chłopców): Przestańcie wszyscy! Wyrzućcie te kwiatki! Zostawcie je sobie na Dzień Matki! Chodźmy lepiej wszyscy do klubu, to nie wymaga żadnego trudu! Lucyna: Co Ty wygadujesz! Pomyśl Monika! Twoja babcia teraz pewnie płacze i wzdycha! Nie jest Ci jej szkoda, nie jest Ci wstyd dziewczyno? Czy nie wiesz, że masz swoją Babcię jedyną Wnuczka (po chwili zadumy): Rety....może wy i macie rację.... Ale się władowałam w dziwną sytuację Swej babci nie widziałam już od ponad roku Jak mnie zobaczy to będzie w szoku (Do siebie): Ale co ja jej kupię? Przecież nie mam pieniędzy. Każdy dzień przeżywam w swojej małej nędzy..... (Wszystkiemu z dala przypatrują się Anioł 3 i Diabeł, zbliżają się do Wnuczki) Diabeł (do jednego ucha): No właśnie! Więc po co do niej poleziesz? Nic dla niej nie masz! Co jej zawieziesz? Anioł 3 (do drugiego ucha): Babci Twoich prezentów nie trzeba Ty sama będziesz dla niej prezentem z nieba Diabeł : Każdy lubi prezenty! Anioł bzdury gada! Z pustymi rękoma iść tam nie wypada! Anioł 3: Babcia się ucieszy już z Twego uśmiechu.... Więc nie słuchaj diabła- pędź do niej w pospiechu! Wnuczka w natłoku myśli i anielsko diabelskich rad, biegnie do babci Scena VI: U babci Puk, puk, puk...... Babcia: Monisia?!? Wnuczka: Babciu..... ja chciałam tylko....... Babcia: Wchodź Monisiu, już robię herbatkę, tylko pościelę wyrko! Wnuczka: Babciu, posłuchaj. Ja wszystko przemyślałam. Wstyd mi, że Cię dotąd tak źle traktowałam Byłam zła, że rodzice nas tu zostawili Chciałam mścić się na Tobie w każdej jednej chwili Teraz wiem, że to złe było i nieprzemyślane Bo przecież kocham Cię babciu, jak własną mamę! Babcia: Oj wnusiu, czuję, że szczere są Twe słowa Zostawmy przeszłość, zacznijmy od nowa! Dziecko, przecież ja Wam nigdy źle nie chciałam Serce me wyciągnęłam, na tacy podałam (siadają obie na łóżku objęte) Scena VII: Anioły zlatują z nieba Anioł 1: Brawo Anieli! Misja spełniona! Do takich zadań jesteś stworzeni! Anioł 4: O dzięki szefie ....... Anioł 2: Jednak dobrze by było, właśnie w tej chwili Żeby się tu jakieś wnioski pojawiły (Przygotowanie do finału wnuczka wychodzi na środek i deklamuje, reszta aktorów staje w linii za nią) Wnuczka: Choć jesteśmy wredni, dokuczamy czasami To wszyscy muszą zgodzić się z nami Że wnuczęta swych dziadków bardzo kochają Bo przecież serc z kamieni nie mają! Anioł 3: Dobra, dobra, że serc z kamieni nie macie Nie znaczy, że Twoje zachowanie tłumaczę Wnuczka: Pamiętajmy wszyscy przesłankę taką: (wszyscy występujący, razem skandują poniższy tekst, wyklaskując rytm: ósemka, ósemka, ćwierćnuta- ósemki o kolana, ćwierćnuty w ręce) KIEDY JEST CI SMUTNO I ZIMNO NA DWORZE PAMIĘTAJ, ŻE BABCIA ROZWESELIĆ MOŻE HERBATKĘ CI Z SOKIEM MALINOWYM PODA I ZARAZ DO GÓRY POWĘDRUJE GŁOWA KIEDY JEST CI NUDNO, NIE WIESZ W CO SIĘ BAWIĆ DZIADEK MNÓSTWO ZABAW MOŻE SWOICH ZDRADZIĆ WSZYSCY TWOI KUMPLE, KAŻDA KOLEŻANKA BĘDĄ SIĘ BAWILI DO SAMEGO RANKA WNIOSEK Z TEGO TAKI, KOCHANE DZIECIAKI SZANUJ BABCIĘ, DZIADKA BO IM LECĄ LATKA TO PRAWDZIWE SKARBY, MAŁO ICH NA ŚWIECIE SZUKACIE MIŁOŚCI? W NICH JĄ ODNAJDZIECIE! *koniec*
Słownik dla Boomera to nie tylko narzędzie do nauki, to przewodnik po współczesnej kulturze, który pomaga zrozumieć młodsze pokolenia i budować mosty między nimi a światem dorosłych. Czy jesteś gotów na przygodę? Wsiądź do kapsuły czasu i przenieś się w świat dzisiejszej młodzieży. Autorem książki jest Paweł Twardowski
Jesteśmy z naszymi pociechami non stop. Dbamy o nie, rozwiązujemy ich problemy, wysłuchujemy krzyków i płaczu. Staramy być z nimi w każdej chwili ich życia, stajemy się oparciem, dajemy pocieszenie i czasem już jesteśmy mocno zmęczeni. Chcielibyśmy żeby ktoś nam zabrał dzieci żebyśmy mogli się wreszcie wyspać, porozmawiać, zjeść jak normalny człowiek obiad czy nawet nadrobić zaległą pracę. Ale żeby móc to wszystko robić trzeba mieć zaufanie do osoby z która się zostawi dzieci. Myślę ze jakieś 30, 40 lat tamu, nikt by nie miał wątpliwości, że ze szkodnikami domowymi zostaną dziadkowie. Oczywiście w każdej rodzinie sytuacja wyglądała różnie, ale będę generalizować. W tamtych czasach rodzice rodziców mieli większy wkład w wychowywanie dzieci, może dlatego że ludzie mieszkali w jednych domach/gospodarstwach? Wśród znajomych mogę na palcach jednej ręki policzyć dziadków, którzy zajmują się dziećmi codziennie lub w każdy weekend. A dziś ? No właśnie co mamy dziś? Dziś… po pierwsze nasi rodzice są dużo młodszymi dziadkami, aleeee to powoduje że są np. nadal czynni zawodowo, albo mają potrzebę samorealizacji, dochodzą do wniosku, że kiedyś „nic nie było” to oni teraz się wyszaleją i zaczynają na przykład podróżować. Są też tacy którzy są zmęczeni wychowywaniem własnych dzieci i kompletnie nie mają ochoty zajmować się wnukami. Niestety znam też takich którzy już są tak starzy, że im się w głowie miesza i zaczynają traktować dzieci jak dorosłych – ale w tej złej formie. Jak w filmie „Bad Santa”. Współcześni dziadkowie nijak nie przypominają klasycznego wzoru babci lub dziadka. Babcia nie lepi pierogów i nie robi na drutach, a dziadek nie siedzi w bujanym fotelu z fajką w zębach i nie czyta dzieciom bajek. Ale czy to wszystko jest złe? Czy mamy najgorszych rodziców pod słońcem? Ja uważam, że nie. Mamy takich dziadków jakie mamy czasy – nasze dzieci są też już z TYCH czasów. Ten organizm: „dziadkowie-wnuki” pasuje do siebie. Dziadków mamy młodszych, więc jak już znajdą czas to więcej mogą zrobić. Są na czasie- potrafią obsługiwać komputery, smartfony czy Playstation. Jeżdżą samochodami, chodzą do kina i fajnych restauracji. Pamiętają – jeszcze pamięć ich nie zawodzi, więc opowiadają rzeczy, które usłyszeli jeszcze od swoich dziadków – czyli już kawał historii. Mają siłę – są nadal aktywni fizycznie, jeżdżą na rowerach, biegają, jeżdżą na nartach czy chodzą na siłownię. Trzeźwo patrzą na świat – ich mózgi nadal funkcjonują normalnie, nasi rodzice wciąż czytają książki, rozwiązują krzyżówki, oglądają programy w TV z których czegoś mogą się dowiedzieć. Mają znajomych – spotykają się z ludźmi, imprezują, wyjeżdżają razem ze znajomymi, nawiązują nowe relacje. Dlatego nie ma sensu porównywać naszych dziadków i dziadków naszych dzieci. Są skrojeni idealnie dla siebie. Może mają trochę mniej czasu, ale gdy już są razem to wykorzystują to na maksa. Ich spotkania są wypełnione po brzegi, jedni i drudzy czekają na chwile kiedy będą razem. Bądźmy wdzięczni za te chwile, kiedy cieszą się sobą. Dziadkowie kochają mocniej? Kochają bardziej świadomie, mogą teraz dopełnić uczucia którymi darzyli swoje dzieci. Znają dobrze wartość życia i rodziny. Od wnuków nie oczekują tyle co od swoich dzieci. Akceptują je w całości i jedyne czym się przejmują to tym czy będzie wszystko dobrze z ich wnuczętami. Każdy z nas pamięta lub doświadcza jeszcze tej niesamowitej miłości od dziadków, to bardzo duże wsparcie dla małych czlowieków 😉 Pielęgnujmy te relacje 🙂
Bo są dni, gdy w ciszy tonie dom, D D7 G G7. i miejsca sobie w nim nie mogę znaleźć, bo: C G. bo są dni gdy ciągle pada deszcz, D D7 G. zamykam wtedy drzwi, po prostu nie ma mnie. Cała sala śpiewa, O pogodzie, , śpiewnik, Takie "moje". Hej sokoły.
Z Nonsensopedii, polskiej encyklopedii humoru W miejskiej dżungli walka o miejsce siedzące wymaga wielu lat ciężkich przygotowań fizycznych Babcia autobusowa – specyficzna odmiana MKM-a, której pasją jest podróżowanie autobusem w okresie największego jego zatłoczenia, zazwyczaj w okresie szczytu. Charakteryzuje się specyficznym stosunkiem do siedzących pasażerów. Istnieje wiele odmian babć autobusowych, prawdopodobnie nigdy nie uda się ludzkości ostatecznie sklasyfikować tego podgatunku, próby trwają do dziś. Niektóre potrafią (skutecznie!) imitować dur brzuszny, nie wiedząc, co to jest. Większe gatunki[edytuj • edytuj kod] Dziadkowie[edytuj • edytuj kod] Dziadek antysemita – męska odmiana babci autobusowej występująca w Warszawie. Zaczepia współpasażerów i opowiada teorie spiskowe o Żydach. Dziadek „dwie pieczenie na jednym ogniu” – staje nad młodą kobietą, chociaż w pobliżu siedzi kilku chłopaków. Staje w bliskiej odległości od owej pani. Jeśli nie wywrze na pani milczącej presji, to chociaż zawartość dekoltu otaksuje. Dziadek Indiana Jones – najczęściej dziadek grubo po 70-tce (choć zdarzają się także babcie). Chodzi zawsze z wielką torbą, gdzie ma łopatę, kawałek sznurka i miarkę. Zwykle kręcąc sznurkiem przegania pasażerów z miejsca. Często spotykany w Wałbrzychu, bo szuka Złotego Pociągu. Dziadek meloman – wsiada do autobusu (już napity) i siada najczęściej na dwóch wolnych miejscach. Wyciąga wtedy gitarę lub harmonijkę i zaczyna na niej grać, „umilając” czas współpasażerom swoim rzępoleniem. Najczęściej gra wesołe przyśpiewki i wykrzykuje hasła propagandowe, np. „Żeby wszyscy mieli na piwo”. Kiedy skończy swój koncert, zazwyczaj prosi o „piątaka do gitarki lub puszki”. Gdy trafi na miłe towarzystwo, staje się hitem dnia i trochę zarobi, zaś gdy jakaś niemiła osoba zadzwoni na 997, może nie skończyć się to dla niego dobrze. Można go spotkać na liniach autobusowych na prawobrzeżu w Szczecinie. Dziadek niewdzięczny – nie dość, że „jeździ, bo lubi” to jeszcze najpierw wymusi na kimś miejsce siedzące, a kiedy potem tramwaj chwilę stoi w korku, mówi: „za dużo tramwajów i to za moje pieniądze”. Niewiele go obchodzi, że inni jadą „na sardynkę” i dojeżdżają do roboty zmęczeni, zanim jeszcze ją zaczną. Podobnie jak to, że prawdopodobnie nie tylko jedzie za darmo, ale i ci, którzy nad nim stoją, składają się na jego emeryturę. Dziadek były mundurowy – często, gęsto zdarza mu się pomylić środek komunikacji publicznej i pasażerów z formacją, którą był tam kiedyś dowodził. Jednakże w przypadku jakichś nieprawidłowości czy konfliktu może okazać się osobą całkiem przydatną i skuteczną. Dziadek dżentelmen – honorowy jak pies ogrodnika, sam nie usiądzie, a innemu wypomni, że pozycja stojąca jest zdrowsza od pozycji siedzącej. Stanowi mocny zespół wsparcia – w szczególności na widok każdej babci. Dziadek weteran – nieubłagany czas robi swoje i prawdziwych bohaterów już raczej ze świecą szukać na Powązkach, ale bojownika o wolność, demokrację i utrwalanie władzy ludowej wcale już nie. Zwłaszcza jak zaczyna wymachiwać przed oczami artefaktem-legitymacją ZBOWiD (kurcze, co to jest zbowid?). Jak mawiał klasyk ks. Natanek - "to znak, że coś się dzieje" lub Jurek Owsiak "oj, będzie się działo". Babcie owocowo-warzywne[edytuj • edytuj kod] Babcie truskawkowe – dosyć rzadko spotykany gatunek, zazwyczaj na liniach międzymiastowych. Rozpoznać je można po tym, że zawsze mają puste bądź pełne truskawek koszyki. Celem działań takiej babci jest zdobycie jak największej ilości truskawek zanim sąsiadki wykupią. Niekiedy przebywają wielkie odległości z wiosek do centrum miasta bądź rynku. Uwaga! Mogą stosować większość rodzajów wymuszeń. Babcie malinowe – jak wyżej, ale w koszyku zamiast truskawek znajdują się maliny. Babcie warzywne – kartofle, marchewka w opakowaniach/workach hurtowych z giełdy w atrakcyjnej cenie, bo o dwadzieścia groszy taniej niż w biedrze. Widoczna głównie w momencie jak się wpycha z tym całym kompostownikiem, do maksymalnie zatłoczonego autobusu bez biletu. Babcie bramkowe[edytuj • edytuj kod] Bramkarki wejściowe – specjalna odmiana babć autobusowych. Nie polują na miejsca siedzące. Najczęściej jeżdżą 2–3 przystanki. Ustawiają się na przystanku w prawdopodobnym miejscu otwarcia się drzwi. Po ich otwarciu wypuszczają wysiadających, a następnie wchodzą i zatrzymują na najwyższym stopniu (lub zaraz przy wejściu w pojazdach niskopodłogowych) i blokują przejście innym osobom. Jedynym sposobem na obejście takiej blokady jest udanie się do innych drzwi. Ewentualnie ewoluują do dwóch innych form: Bramkarki siedzące – zajmują podwójne miejsce od strony przejścia, pod nogami i na kolanach kładą torby, siatki, reklamówki. W najlepszym wypadku miejsce to zostanie puste. W najgorszym współpasażer zostanie uwięziony aż do przystanku na którym babcia wysiada (najczęściej ostatni przystanek linii). Bramkarki przejściowe – ustawiają się w przejściu między siedzeniami, blokując je. Nigdy nie chcą usiąść, mimo że jeżdżą znaczne odległości. Pojedynczo nie przeszkadzają, problem pojawia się w przypadku blokady dwustronnej. Babcie aglomeracyjne[edytuj • edytuj kod] Babcia w wielkim mieście – po kilometrowej przebieżce za odjeżdżającym środkiem komunikacji miejskiej dopada go, ten otwiera jej ostatnie drzwi, ta się pyta pasażerów czy jedzie w jej docelowe miejsce i po odpowiedzi „nie” wraca na przystanek. Babcia w wielkim GOP-ie – dobiega na przód autobusu jadącego do Bytomia i pyta kierowcy: – Czy pan jedzie do Bytomia?– Nie, do Nowego Jorku.– A to przepraszam, pomyliłam autobusy. Ewentualnie pyta, czy przez Bytom. Babcie zagubione – odziane w stary wełniany płaszcz, okutane chustką kurczowo dzierżąc w dłoni adres dzieci/wnuków jadą do wielkiego miasta na święta. Jak tylko zobaczy tablicę „Warszawa” co chwilę wypytuje kierowcę czy już ma wysiadać i myśli przerażona „jak my się z Kacprem odnajdziem w tej obcej ziemi”. Babcie nauk ścisłych[edytuj • edytuj kod] Chemiczne – typ, który nie podpisał konwencji genewskich ani o takowych nigdy nic nie słyszał. Używa broni chemicznej. Najczęściej w postaci przesiąkniętego naftalenem (naftalina) futerka (rzadziej używa specjalnego przesączonego środkami chemicznymi moherowego beretu, jednak jest tylko kwestią czasu, gdy w wyniku postępu technologicznego tej subkultury zacznie używać tej zabójczej broni). Szczególnym typem jest tutaj tzw. Babcia gazowa – używa ona naturalnych gazów bojowych w postaci wiatrów, które potrafi miesiącami przygotowywać i przetrzymywać w dolnych partiach ciała i skutecznie użyć. Ten typ jest szczególnie groźny, gdyż atakuje wszystkich pasażerów. Atak babci gazowej jest szczególnie niebezpieczny w zatłoczonych pojazdach w upalne dni. Fizyk-praktyk – najczęściej spotykane w okolicach targowisk i hipermarketów. Wtaszczają się do tramwaju/autobusu z siatami. W przypadku braku wolnego miejsca czekają na pierwszy lepszy zakręt; tuż przed wejściem w niego puszczają trzymaną dotychczas poręcz i pozwalają działać sile bezwładności, z rozmachem uwalając się na siedzących współpasażerów. Zwykle znajdzie się ktoś litościwy, kto ustąpi miejsca. Typ bardzo niebezpieczny, głównie ze względu na najczęściej dość znaczne rozmiary, dodatkowo powiększane torbami. Badacze nie są zgodni co do zakwalifikowania tego rodzaju, choć przypuszczają, że może być to podgatunek babci „Dromadera”. Babcie geograficzne – występują w nowszych środkach komunikacji miejskiej. Wszedłszy do autobusu, staje przed monitorem i śledzi trasę na mapie, korygując wewnętrzny kompas. Biolożki – inaczej: laborantki; wsiadają przed laboratoriami, szpitalami i klinikami. Przeglądają świeżo uzyskane wyniki badań, rzucając przy tym olaboga! i wypytując współpasażerów o to, jak zinterpretowaliby jej odsiew kału. Babcie matematyczne – typ uwielbiany przez spóźnialskich. Po wejściu od razu udaje się do kierowcy i kupuje bilet. Poproszona o zapłatę, liczy grosiki, opóźniając przejazd. Czasami ewoluują w babcie informatyczne i stosują podobną taktykę w próbach rozgryzienia biletomatów. Stety, nie opóźnia to autobusu. Babcie religijno-poglądowe[edytuj • edytuj kod] Moherowe berety – odmiana babć charakteryzująca się odmiennym stylem bycia. Ten typ posiada charakterystyczny beret u nasady głowy, a na klatce piersiowej zawsze widnieje wielki, ale to wielki, łańcuch, który w ich slangu został określony mianem „różańca”. Różaniec stylizowany jest na Amerykański Lajf Stajl, czyli im więcej żelaza na klacie tym lepiej. Wykształciły one specyficzny styl bycia i porozumiewania się. Wszystko odbywa się drogą telepatyczną przez pośrednika na górze, głównie za pomocą zdrowasiek. Niczym dobry szpieg, ten rodzaj babć zbiera informacje o niewiernych i podaje je do bazy, co widać gdy takowa przechodząc koło nas zaczyna szeptać. Kolor moherowego beretu też jest ważny, dotąd odnotowano barwy: beżowy, czerwony, szary, fioletowy, brązowy, kremowy, zielony – chodzi głównie o rejonizacje, dany kolor rządzi tylko swoją dzielnicą. Nie są zbyt rozrywkowe i stwarzają zagrożenie dla otoczenia. W pełni oddane swojemu guru – Ojcu Dyrektorowi. W celu uniknięcia tych groźnych osobników należy obligatoryjnie unikać przystanków koło przybytków kościelnych – chyba, że ktoś jest również fanem Rozmów niedokończonych. Rasistki – podchodzą do cygana albo murzyna i mówią: „Ustąp babci miejsca, ty się jeszcze w życiu nasiedzisz”. Rewolucjonistki – ostrymi i populistycznymi hasłami (To wszystko przez te Żyyyddyyy!!!) mogą doprowadzić do rewolucji, która na szczęście, ze względu na problemy sercowo-żołądkowo-stawowe większości babć rewolucjonistek, nie opanowuje obszaru poza autobusem. Różańcowe – podgatunek moherowych beretów, stoją nad tobą odmawiając różnego rodzaju pacierze, różańce i litanie, zawodząc przy tym tak długo aż ustąpisz miejsca. Często wzywają przy tym imiona świętych i błogosławionych. Zbyt długie pozostawanie pod jej wpływem może prowadzić do zamodlenia lub migreny. Babcie psychiczne[edytuj • edytuj kod] Hipnotyzerki – babuliny stojące nad ofiarą siedzącą, zimą często w zaparowanych goglach i tak się gapiące, że potencjalna ofiara czuje się jak na seansie u Kaszpirowskiego. Jasnowidzki – po wejściu zasiadają w tylnej części autobusu, nie minie pół minuty a już w tylnej części zaczyna brakować powietrza, wtedy wszyscy prócz Babci/Dziadka ewakuują się, gdy jednak grupa śmiejących się gimnazjalistów zostanie przy środkowym wyjściu Babcia/Dziadek zaczynają mieć widzenia przyszłości typu: „Widzę was w piekle!”, „Diabeł w was tkwi!”, „Wszyscy ludzie pójdą do nieba, a wy zostaniecie wepchnięci do piekła!”. Niespokojne – babcie, które ewidentnie nie mogą usiedzieć w jednym miejscu autobusu, wobec czego permanentnie się przesiadają. A to przeciąg, a to nie mogą siedzieć w stronę przeciwną do kierunku jazdy, a to współpasażer jest podejrzany albo śmierdzi. Babcie wykazują dużą ruchliwość, aczkolwiek nie są niebezpieczne, chyba że jedynym młodszym człowiekiem od niej będzie kierowca. Marudzące – spotykane szczególnie na dłuższych trasach. Występują parami lub większymi grupami (jednak nigdy nie jest ich więcej niż 4). Wracasz z drugiego końca miasta, a tu nagle podchodzą dwie babcie i zaczynają narzekać na wszystko (niewygodne fotele, oszuści na straganie, dzisiejsza młodzież, brudne rury do trzymania, dzisiejsza młodzież, sąsiedzi, dzisiejsza młodzież, zwierzęta, ceny biletów… Aha, czy ja wspominałam o dzisiejszej młodzieży?) tak długo, aż ofiara nie popełni samobójstwa poprzez walnięcie głową w szybę albo sama odejdzie dla „świętego” spotykany jest bardziej niebezpieczny podgatunek, który marudzi na takie tematy, aby znudzona ofiara szybciej odeszła (a tej Kowalskiej to wycięli jelito i do tego macicę! Za moje pieniądze, no! Toż to idiotyzm!). Chore na uszy – ujawniają się, gdy do autobusu wsiada grupa nastoletnich uczniów gimnazjum lub liceum. Zwykle każe im siedzieć cicho, gdyż bolą ją uszy i nie może się denerwować. Nie zważa jedynie na fakt, że jedzie głośnym autobusem. Gdy uczniowie mają ją w dupie, zaczyna krzyczeć, jaka to dzisiejsza młodzież jest źle wychowana. Zazwyczaj po takim incydencie sprawcy zbyt głośnych rozmów przenoszą się do innej części pojazdu. Wróżbitki – podgatunek babć jasnowidzek, tylko ten mówi prawdę. Najczęściej prosi o ustąpienie miejsca za wróżbę o najbliższej przyszłości. Gdy babcia się rozsiądzie mówi coś w stylu Widzę, że nie będziesz miał miejsca żeby usiąść…. Wkują niesamowicie, choć ani razu się nie pomyliły. Schizy – sprawiają wrażenie jakby rozmawiały przez telefon komórkowy z drugą osobą mając zestaw bluetooth. Pozory mylą – nic z tych rzeczy, w rzeczywistości (wirtualnej) babcia gada w dwóch osobach sama ze sobą. Tutaj istnieje wersja soft i hardcore. W przypadku pierwszym zupełnie nieszkodliwe, za to w drugim czeka nas ostra jazda, aby uszy nie zwiędły/odpadły pod lejącym się stekiem bluzgów i przekleństw. Po takiej sesji można wysiąść z traumą i przeświadczeniem, że jednak Kopernik był kobietą. Babcie zawodowe[edytuj • edytuj kod] Adwokatki – występują najczęściej stadnie. Ich celem jest znalezienie miejsc siedzących nie dla siebie, lecz dla innych wsiadających babć autobusowych. Gdy takowa się znajdzie, szukają potencjalnej ofiary i zwracając się do niej per „młodzieży”, wymuszają ustąpienie miejsca dla nowej pasażerki. Inną, ciekawszą metodą jest długotrwała perswazja wzrokowa, która jeśli nie poskutkuje, kończy się wyszukaną wiązanką przekleństw i życzeniami rychłej starości w kierunku ofiary na przystanku końcowym. Akrobatki – widząc wolne krzesło po drugiej stronie autobusu w cudowny sposób odzyskują mobilność, wrzucają laskę pod pachę i sprintem biegną do krzesła co sił w nogach. Aktorki – gdy wszystkie miejsca w autobusie są zajęte, stoi na środku autobusu, z gracją najlepszych aktorów symuluje różnego rodzaju choroby począwszy od „bóli krzyża” do „osteoporozy” wymuszając miejsca siedzące od młodych osób. Dosyć popularny gatunek na liniach międzymiastowych, są bardzo sprytne, a ich działania niezwykle skuteczne. Ankieterki – na kilka przystanków przed ich docelowym przepytują ludzi, kto kiedy wysiada i starają się odpowiednio ustawić wszystkich w przejściu. Aptekarki – dosiadają się nagle do pasażera, otwierają swoją „magiczną” torbę pełną lekarstw domowej roboty, począwszy od lekarstw na kaszel, a kończąc lekarstwami na zmiany grzybicze stóp, które powodują „wyhodowanie” Doliny Rospudy pod paznokciami… Biznesmenki – poruszają się w parach, jedna z babć jest ubrana „na cebulkę” co jest elementem opancerzenia, druga babcia „powierniczka” posiada dużą aktówkę w której znajdują się donosy i inne informacje przydatne kancelarii parafialnej. Podczas konwoju dyskutują i wymieniają się zdaniami na interesujące tematy, jak to np. Staszka spod dwójki wyzywa swojego „starego” od najgorszych. Uzbrojone w perfumy „Szanell” z placu. Niańki – gatunek ten występuje dość rzadko. Swoją zdecydowanie zbyt dużą dupą i wyładowanym latoroślą wózkiem dziecięcym zajmują ostatnie centymetry miejsca stojącego przy wejściu. Są one o tyle niebezpieczne, że można zostać staranowanym przez koła morderczego pojazdu. Zazwyczaj nasza stanowcza odmowa ustąpienia miejsca jest kwitowana głośnym i cuchnącym kapuśniaczkiem prychnięciem oraz soczystym stekiem wyzwisk. Opiekunki – na jakiś czas przed wyjściem z autobusu zapraszają inną osobę do zajęcia ich miejsca. Często po usłyszeniu odmowy namawiają ją aż do zatrzymania się autobusu na ich przystanku. Sytuacja jest na tyle niezręczna, że nikt z innych pasażerów w tym czasie nie odważy się zająć tego miejsca. Niekiedy pozostaje ono jeszcze wolne na długo po wyjściu Opiekunki z autobusu. Oszustki – babcie wymuszające, pochodna aktorki, ale totalne beztalencie. Atakuje ofiary tekstem, że ma 70 lat, jest chora na serce/nogi/żołądek/wątrobę i co się jeszcze tylko da, a wygląda na rumianą, wypasioną, zdrową i żwawą 50-latkę. Wygląda tak młodo i zdrowo, że ofiary zazwyczaj jej nie wierzą i nie ustępują miejsca. Oszustki w odwecie atakują ludzi na ulicy i opowiadają im, jak młodzież jest źle wychowana. Bardzo często spotykane w Gdańsku na linii autobusowej 199, a także ich męscy odpowiednicy. Prostytutki na emeryturze – spotykane tylko w miastach. Charakteryzują się tapirem na głowie na półtora metra. Usta mają w kolorze strażackiej czerwieni, a policzki pokraśnione burakiem, sądząc po kolorze. Na powiekach cień aż do brwi, szpony w jakimś intensywnym kolorze i strój jak na wesele w ambasadzie. Stare ale jare. Inne rodzaje babć autobusowych[edytuj • edytuj kod] Babcie „Książki” – spotykane cholernie rzadko. Zaraz po wejściu do tramwaju zaczynają opowiadać fascynujące opowieści ze swojego życia. Typ lubiany przez większość. Nie wymuszają ustąpienia miejsca, zdobywają tak wielki respekt wśród współpasażerów, że po kilku minutach ludzie sami schodzą ze swoich miejsc, aby ustąpić tej babci. Zwykle przez te opowieści większość osób przegapia swój przystanek, ale ta babcia mimo wszystko jest lubiana, nawet przez młodzież. Babcie neutralne – te babcie po prostu wchodzą do autobusu i po prostu zajmują wolne miejsce, a jeśli takiego nie ma to przeczekają podróż i po prostu wyjdą. Rzadki typ, chociaż możliwe, że jest (po prostu) niezauważany przez innych pasażerów. Babcie o przyśpieszonym zapłonie – zawsze ustawiają się przy drzwiach dwa, trzy przystanki wcześniej. A nuż nie zdążą wysiąść zanim autobus ruszy? Babcie o opóźnionym zapłonie – w przeciwieństwie do swoich antagonistek o wiele bardziej niebezpieczne i toksyczne, gdyż skutecznie mogą doprowadzić do zakłóceń w rozkładzie jazdy, a w przypadkach ekstremalnych terroryzować kierowcę w celu zatrzymania pojazdu pomiędzy przystankami. Nie jest to nic innego jak wersja hardcorowa rodzaju Last Minute. Babcie zajebiste – miłe, starsze panie. Czasem dają pieniądze lub słodycze dzieciom w autobusie. Możliwe że jedna z nich poprosi cię o targanie swoich toreb do domu, za co zwykle również odwdzięczy się dużą sumą pieniędzy (jeśli ma dobry dzień to może Ci dać jakieś trzy dychy!). Za ustąpienie miejsca babcia będzie Ci wdzięczna do końca życia i oczywiście również zgarniesz trochę kasiory. Biduleczki – aż łezka w oku się kręci widząc takową. Malutkie, chudziutkie, zgarbione, w szarym płaszczyku. Ledwo to to stoi na chudych nóżkach, cera porcelanowa, a we włosach kokarda większa od niej. Wsiada jedynie do mało zatłoczonych pojazdów, często pomyłkowo. Nie bardzo wie gdzie jest i dokąd jedzie. Najczęściej bez żadnych bagaży. Są tak chude, że cztery takie babcie mogą siedzieć na jednym miejscu, a często można tam jeszcze i piątą posadzić. Nie są groźne. Zagrożone wymarciem, w Polsce prawnie chronione. Bombowce – nie lepsze od babci lokomotywy. Stojąc nad tobą atakuje zrzucając różnego rodzaju przedmioty (beret, torebkę, rękawiczkę). Często można spotkać tzw. typ „Sztukas”, który przed zrzuceniem przedmiotu nurkuje, wydając przy tym charakterystyczny świst. Borostwory – ogromne babcie w futrzanych płaszczach, zajmujące z reguły 1,5–2 miejsc siedzących. Dzielą się zwykle na kilka kategorii. Przerażają absolutnie wszystko i wszystkich. Chodzące Poradniki (w niektórych grupach naukowców: Babcia Dobra Rada) – babcie z pozoru sympatyczne, siadające chętnie na miejscach podwójnych, częściowo zajętych przez kogoś młodego, lub na całkowicie zajętych, odbierając miejsce jedną z dalej opisanych metod. Nigdy nie siadają same. Celem tych babć jest przekazanie młodemu pokoleniu jak najwięcej swoich niezwykle cennych rad dotyczących strzyżenia pudli, wpływu przyprawy curry na zdawanie egzaminu maturalnego, zapobiegania przeziębieniom, produkcji wina z jabłek, wyciskania soku z cebuli lub wstawania rano z łóżka prawą nogą przez lewy bok. Babcie te w dłuższych okresach mogą doprowadzić do trwałego paraliżu lub nawet zgonu. Cichacze – babcie, które zawsze pojawiają się w parach. Jeśli są dwa wolne miejsca naprzeciwko siebie, siadają bez ataku. Kiedy są trzy miejsca zajęte i jedno wolne, jedna z nich siada na wolnym miejscu, a druga ciska pasażerem naprzeciwko niej o ścianę. Kiedy są natomiast dwa wolne miejsca, ale nie naprzeciwko siebie, jedna z nich siada na którymś miejscu, a druga podchodzi do pasażera naprzeciwko swojej towarzyszki i rzuca nim w inne wolne miejsce. Jeśli nie ma wolnych miejsc, jedna miota pierwszym pasażerem, druga siada, potem miota drugim, żeby mieć miejsce naprzeciwko towarzyszki. Jak usiądą, to siedzą cicho. Co jakiś czas któraś na kogoś lub coś pokazuje albo przytakuje. Zdarza się też, że któraś sapnie. Wysiadają na pierwszym przystanku, ale są bardzo niebezpieczne. Cmentarne – odmiana babci, która za jedyny słuszny cel podróży uważa cmentarz (co znajduje odzwierciedlenie w reakcjach niekulturalnej młodzieży, proponującej by tam pozostała na czas nieokreślony i oszczędziła kłopotów innym - a co najmniej na koszcie biletu powrotnego). Zazwyczaj wiezie wypchaną torbę zawierającą znicze, kwiatki, grabie, łopaty itp. Gdyby mogła, przesiadłaby się do traktora z przyczepą firmy obsługi zieleni miejskiej. Jej jedynym zmartwieniem jest plaga zniczopożyczaczy. Najczęściej pojawiają się na liniach objeżdżających okoliczne placówki sakralne lub funeralne. Dromader – w busie najpierw ląduje ciężko jedna pełna siata, potem druga, na końcu tarabani się staruszka wciągając za sobą wyładowany wózeczek. Potem przewala się z tym wszystkim jak walec przez zatłoczony autobus. Zawartość siat stanowi zazwyczaj jakieś 20 kilogramów cukru lub tyle samo mąki, woda w pięciolitrowych butlach i inna masówka, zakupiona zapewne dla całej kamienicy. Działkowiczki – występują praktycznie tylko w okresie letnim, kiedy linia autobusowa zostaje przedłużona i prowadzi na działki. Nigdy nie występuje pojedynczo, zwykle zajmują pół autobusu. Wyróżnia się brudnymi rękami oraz zapachem potu i ziemi. Często wiezie torby 2x większe od niej, z których wystają rośliny lub grabie. Niezwykle agresywna gdy ktoś próbuje zająć jej miejsce, lub zachowuje się zbyt głośno. Kiedy wchodzisz, wszystkie działkowiczki patrzą na ciebie miażdżącym wzrokiem. Elegantki – babcie spotykane głównie w autobusach podmiejskich. Zawsze eleganckie, niezależnie od pogody. W największy upał zawsze mają na sobie grubą białą bluzkę (haftowaną), grubą wełnianą spódnicę, grube rajstopy i pełne półbuty z tandetnej imitacji skóry. Dla ozdoby na szyi zawieszają czerwone korale kupione „za panienki” na odpuście 40 lat temu. Nieważne, że gorąco i pot im po rowku ścieka, kobieta jest zawsze kobietą. Eplileptyczki – pochodna babć szturchających, który zamiast szturchania ofiary stosuje serię napadów padaczkowych trzymając się poręczy krzesła ofiar. Szczególnie skuteczne w starych (czyt. wszystkich) tramwajach, gdzie ofiara po kilku seriach szokowych doznaje wstrząśnięcia mózgu o pancerne okno. Ekspresowe – specyficzny gatunek występujący wyłącznie na trasie w autobusach pośpiesznych i ekspresowych. Myląc ten autobus z innym, kursującym na tej samej linii, wymuszają na kierowcy krzykami i lamentami zatrzymanie autobusu „bo on się tu zawsze zatrzymywał”. Są dobrze znane ze swoich niewiarygodnych umiejętności perswazyjnych. Przeciętny kierowca nie wytrzymuje 10 sekund ledwo zrozumiałych wrzasków i pojękiwań i zatrzymuje pojazd jak nakazuje babcia. Furiatki – sypią taką ilością wyzwisk, aż nie można uwierzyć. Od wejścia bluzgają z jakiegokolwiek powodu. Wystarczy że coś zauważą, lub ktoś je przypadkiem dotknie, a rozpoczyna się półgodzinna wiązanka. Jeśli nie ma na co wyzywać, rzucają losowymi wyzwiskami pod nosem. W ostateczności atakują parasolką (noszą ją nawet w słoneczne dni). „Gdyby ja…” – gorsze od Furiatek, babcia taka wsiada do tramwaju, zasiada na jakimś miejscu, po chwili wstaje i zaczyna mówić: gdybym ja była dyrektorką MPK, to by ten motorniczy by u mnie nie pracował, bo nie potrafi mnie zawieźć do domu. Historyczki – atakuje często jeszcze na przystanku. Zaczaja się w pobliżu grupki młodych ludzi i przysłuchuje się rozmowie. W pewnym momencie rzuca luźno związaną z tematem uwagę i przechodzi do ofensywy słowami „a we wojnie to ja…”. Kamikaze – najczęściej spotykane na liniach podmiejskich. Można je łatwo rozpoznać po stylu wpadania do autobusu. Kiedy ten zamierza odjechać z przystanku, nagle, nie wiadomo skąd pojawia się owa babina. Widząc, że jest spóźniona podwija kiecę (czasem kilka), bierze pod pachę wózeczek i siaty z gaciami na sprzedaż na bazarze i gna ile sił w nogach środkiem drogi, tak, by jej czasem busik nie uciekł. Po dobiegnięciu do niego sykiem i sapaniem odpędza młodzież, która wyszła, by pomóc jej z wózkiem i sama zajmuje ich miejsce. Kiedy o dziwo czasem jest przed podmiejskim, zawsze staje na krawędzi krawężnika, by kierowca zobaczył, że zdążyła i to ona na niego czeka. Często można poznać ją również po posiadaniu kul po poprzednich zderzeniach czołowych lub potrąceniach przez autobus, przez co w bliskiej przyszłości grozi jej wymarcie. Kierownice – najrzadszy gatunek, dzieło gospodarki socjalistycznej. Charakteryzują się tym, iż nie siedzą na miejscach dla pasażerów, tylko prowadzą pojazd. Dzielą się na trzy grupy: autobusowe, trolejbusowe i tramwajowe (motorniczki). Autobusowe dzielą się na miejskie i międzymiastowe. Miejskie są najczęściej ubrane w mundur, międzymiastowe natomiast ubierają się dowolnie. Trolejbusowe są obecnie na wymarciu, bo występują tylko w Lublinie, Tychach i w Gdyni. Tramwajowe są natomiast dosyć często spotykane. Często dziarskie i sympatyczne. De Luxe (tyranobabus REX) – odmiana borostwora, ogromnej wielkości i wagi ubrane w grube kożuchy lub futra, małe wredne oczka, duże szczęki często inkrustowane złotem, bardzo brzydkie. Ogromne osobniki niezwykle agresywne, wchodząc do pojazdu nie wybierają jak inne drapieżniki ofiary słabej i bezbronnej, a pierwszą lepszą. Podchodzą z siatami do pierwszego miejsca, jakie widzą i uderzają tekstem „zejdź mi dziecko, bo mam już 90 lat i schorowane nogi” (ewentualnie serce, lub inne schorzenia zasłyszane od Goździkowej). W drastycznych przypadkach po prostu spychają z siedzenia. Nie muszą się niczego obawiać ze względu na potężny pancerz, ogromną wagę i wzrost. Najczęściej ofiary same uciekają już na widok takiego osobnika. Babcie te, najczęściej nie mają biletów, bo sam kanar się ich boi. Jak sama nazwa wskazuje, jest to największy znany typ babci autobusowej, najbardziej agresywny i bezwzględny. Krótkodystansowe – rodzaj wymuszających, z tym, że wysiadają minutę po tym, jak wsiadły. Co nie zmienia faktu, że na tę minutę muszą sobie zapewnić miejsce siedzące. Last Minute – nie wstanie przed swoim przystankiem, ale siedzi twardo do samego końca i podrywa cztery litery i przebija się do wyjścia jak kula armatnia dopiero wtedy, gdy ludzie zaczynają (na jej przystanku) wsiadać do transportera. Lodołamacze – w najbardziej zatłoczonym autobusie taka babcia zawsze widzi, kiedy się zwalnia miejsce (posiada seryjnie montowany echo radar), momentalnie rusza i pędzi z siatami tratując po drodze wszystkich pasażerów. Jeżeli jakimś cudem nie dotrze na czas do wolnego miejsca, wówczas zmienia się w babcię lokomotywę. Inna wersja takiej babci: W autobusach podmiejskich zawsze siada na ostatnim siedzeniu, chociaż tylne drzwi się nie otwierają, autobus jest zapchany na maksa, a ona wysiada na pierwszym przystanku. Kiedy autobus się zatrzyma krzykiem terroryzuje kierowcę, żeby na nią zaczekał i przepycha się do wyjścia tratując ludzi. Wbrew pozorom, to nie jest babcia lokomotywa Lokomotywy – jak siedzisz w autobusie, stają nad tobą i zaczynają sapać. Niektóre sapią tak intensywnie, że czujesz, co jadła kilka godzin temu. Jeśli do tego wszystkiego składnikiem suplementacji diety był jeszcze czosnek – biada ci, oj biada. Łowcy krzeseł – gdy autobus się zatrzyma i otworzy drzwi, ty nawet nie zdążysz sobie tego uświadomić, a ona już siedzi. Miła i dobra – zazwyczaj patrzy w okno i nie przejmuje się gamoniami (jeden z najrzadszych rodzajów). Eksperci są bezradni co do sposobu, w jaki przetrwała w tzw. „dzisiejszych czasach”. Nieprzewidywalne – często autobus jest mało zatłoczony, ty siedzisz bliżej babci, dalej jest trochę wolnych miejsc, a ona chce właśnie twoje miejsce. Jeśli jej się nie uda, atakuje w stylu jednego z poprzednich gatunków. Niskopodłogowe – zwykle spóźniają się na autobus (niskopodłogowy), biegną za nim kilometr. Niejednokrotnie wcale nie są zmęczone. Chcą wejść na siedzenia tylne, znajdujące się nieco wyżej. Ale nagle tracą siły i proszą o pomoc. Gdy jakiś uprzejmy podniesie swój tyłek, aby pomóc, babcia błyskawicznie zajmuje jego miejsce (niejednokrotnie faulując). Odmawiające – kiedy raz na tysiąc kursów chcesz wykazać choć odrobinę życzliwości i ustąpić miejsca staruszce, ta wyraża niechęć do zajęcia danego miejsca, najczęściej słowami "proszę siedzieć". Po konfrontacji z taką babcią zazwyczaj zachowujesz okupowane miejsce, ale z przekonaniem, że skoro tak, to nigdy więcej nie ustąpisz miejsca innej staruszce. Okiennice – ten typ rzadziej pojawia się w autobusach, nagminny jest natomiast w pociągach osobowych. Celem okiennicy jest zajęcie dowolnego miejsca przy oknie. Gatunek jest naturalnie wyposażony w radar naprowadzający na pierwsze wolne miejsce obok okna. Po znalezieniu takiego, automatyczny pilot obiera kurs na to właśnie miejsce rozpychając wszystkich dookoła. Jeśli wszystkie miejsca obok okna są zajęte, natomiast wolne są miejsca tylko od strony przejścia, zwykle używają formuł w stylu: „Przepraszam, czy może Pan/Pani ustąpić mi to miejsce?”. Zwykle odpowiedź „nie” wystarcza. Pilot – występują w nowszych pojazdach, w których pierwsze miejsce z przodu, z prawej strony pojazdu najbliżej kierowcy jest pojedyncze i wysunięte naprzód, stwarzając tym samym dogodne warunki do nadzorowania jazdy. Celem tego typu osobnika jest zajęcie tego miejsca, nawet jeśli autobus jest zupełnie pusty. Aby to osiągnąć, stosują, zależnie od osobistych predyspozycji, rozmaite metody wymuszeń. Jako, że normalni ludzie również tym miejscem nie gardzą, biada temu, kto je zajmuje w trakcie szturmu takiej babci. Planujące – taki gatunek nie działa sam, a przygotowywuje się dość długo do ataku. Najpierw wypatrują sobie ofiarę, a kiedy sobie wypatrzą, zaczynają planować atak. Obliczają zaawansowaną techniką[1] zwykle zajmowane przez Ciebie miejsce, oraz ile miejsc jest średnio wolnych. W końcu, po tygodniach, dniach planowania nadchodzi dzień ataku. Ustalają między sobą która na jakim przystanku stoją. Kiedy autobus przyjeżdża na przystanek, wsiadają zajmując ustalone miejsca, chociaż część z nich stoi w razie zwolnienia miejsca. Gdy autobus przyjedzie na przystanek gdzie czekają ostatnie babcie biorące udział w ataku, zajmują miejsca… na końcu jedna z nich pyta żebyś ustąpił miejsca, bo w autobusie już nie ma wolnych. Podniecające – widząc zajęte miejsce przez osobę płci nieżeńskiej, podchodzą z gracją Babci Królewskiej i mówią, że bardzo je podniecasz. Unikać jak ognia! W razie kontaktu uciekać! Wysokie prawdopodobieństwo obśmiania przez kolegów. W skrajnych przypadkach (gdy autobus jest zajęty kobietami), zachodzą w odmianę Homo-bi-niewiadomo. Pomylone – wchodzą do zatłoczonego autobusu, siadają na najbardziej odległym od drzwi miejscu, a później jęczą, że pomyliły autobusy i chciałyby wysiąść. Gdy już podejdą do drzwi, a jakiś nieszczęśnik zajmie ich miejsce, przypuszczają szturm, z wrzaskiem, że jednak im się nie pomyliło, a starszym należy ustępować miejsca. Następnie znowu jęczą, że się pomyliły. Gdy już nikt nie odważy się usiąść, czekają, aż zwolni się jakiekolwiek inne miejsce. Po zajęciu go znowu przypuszczają szturm. Poszukiwaczki – zawsze kładą siatę z zakupami na wolnym miejscu, same zajmując miejsce sąsiednie, po czym zaczynają przeglądać zakupy, przekładać je z jednej torby do drugiej, wąchać, rozwijać i ogólnie zachowywać się, jak gdyby szukały Świętego Graala. Poranne – tak naprawdę, to nikt nie wie gdzie jadą. Zawsze w grupie, zawsze rano, zawsze na tylnych siedzeniach (ew. przy oknie naprzeciwko drzwi). Uwielbiają autobusy jeżdżące na zadupia (np. PKSy). Lubią śpiewać piosenki. Młodsze znajome babci malinowych. Predator – najbardziej obrzydliwy, wredny typ. Pokonuje nieraz spore dystanse do przystanku, ale już w busie czy tramwaju nie jest w stanie przejść tych 6 metrów do wolnego miejsca, tylko staje nad kimś młodszym i terroryzuje go. Biedni, młodzi ludzie kierując się kindersztubą ustępują grzecznie i przenoszą się gdzie indziej. Czasami Predatory w szale mylą pasażera z kierowcą. Prowokatorki – dość specyficzny rodzaj babć, które można podzielić na podklasy – podstawowy podtyp to babcie słaboprowokujące, np. czepiające się faceta, że śmierdzi wódą lub piwskiem, czy studenta, że nosi irokeza. W pojedynkę są one dość niegroźne i skuteczną bronią obronną przeciw nim jest ignorancja i „niedolewanie oliwy do ognia”, w przypadku większej liczby osobników następuje tzw. efekt śnieżnej kuli, gdy aktywność obecnych na danym terenie babć prowokatorek osiąga maksimum. Przeciągowe – pojawiają się zazwyczaj w upalny dzień, gdy w autobusie jest 40 °C. Większość okien jest wtedy otwarta. Cały autobus jest z tego zadowolony, a one wkraczają do akcji i każą wszystkie okna zamykać, bo jest przeciąg. W akcie ostateczności idą ze skargą do kierowcy, który ma je głęboko gdzieś. Ten typ babci często też jednocześnie jest Dromaderem i Wymuszającą. Przegrzane – przeciwieństwo poprzedniej odmiany. Atakują w mroźne dni, kiedy wszyscy pasażerowie korzystają z dobrodziejstwa klimatyzacji. Ubrane w pięć kożuchów i siedem sweterków żądają od kierowcy wyłączenia ogrzewania. Jeżeli temperatura na zewnątrz jest poniżej -20 stopni, mogą doprowadzić do trwałego kalectwa. Przyjacielskie – pomimo wieku pozostające w doskonałej kondycji fizycznej i psychicznej, rozrabiające, zabawiające pasażerów. Wyjątkowo sympatyczny typ, nie atakuje młodzieży ani nikogo z pasażerów. Ze względu na łagodne usposobienie niestety często pada ofiarą pozostałych typów babć autobusowych. Obecnie zagrożone wymarciem, w Polsce prawnie chronione. Przyjaciółki – atakują w parach. Atakują tylko wtedy, gdy jest tylko jedno wolne miejsce. Ich atak przebiega tak: jest wolne miejsce, jedna z nich natychmiast taranuje wszystkich i siada tam, a obca babcia autobusowa znana jako „przyjaciółka” tej, co usiadła, staje koło siedzącej. Stojąca jest zazwyczaj dobra i sama nie zdobędzie miejsca. Siedząca jej zaczyna współczuć i zaczepia najbliższego siedzącego. Pierwszym etapem jest prośba: siedząca babcia prosi tę osobę by ustąpiła tej stojącej pani. Gdy etap pierwszy nie powiedzie się bo powiemy „nie”, siedząca przechodzi do etapu numer dwa. Podczas etapu drugiego siedząca babcia zaczyna wymieniać straszne choroby, na jakie niby stojąca pani cierpi, zazwyczaj to pomaga, bo gdy zaczyna mówić o żylakach odbytu wymiękamy, puszczamy pawia i uciekamy, a jeśli jesteśmy twardzi i nie puszczamy, to przechodzi do etapu trzeciego. Podczas niego wnerwiona babcia uważnie wstaje, żeby nikt jej nie podkradł siedziska, podchodzi do nas i całuje w policzek, wtedy od razu mdlejemy, a babcia wyrzuca nas z siedzenia i zaprasza tą stojącą do siedzenia. Po zakończonym ataku zamieniają się w „Chodzące Poradniki”, ale rady wymieniają tylko między sobą. Przyzwoitki – na widok całującej się pary jęczą, pomrukują i mamroczą. Po chwili zaczynają otwarcie demonstrować swoje zgorszenie sytuacją. W skrajnym przypadku grożą ekskomuniką lub żądają pokazania obrączek. Pszczółki – tak jak pszczoła przesiada się z kwiatka na kwiatek zbierając nektar, tak ten rodzaj ma genetycznie zakodowaną potrzebę zmiany miejsca pod wpływem nieodpartego wrażenia, że właśnie inne miejsce niż to okupowane jest z bliżej nieokreślonych względów lepsze (tzw. niekulturalna młodzież czasami sugeruje zajęcie najlepszego miejsca, to znaczy na cmentarzu). Czynność jako taka jest celem samym w sobie i nie ma tutaj zastosowania ścisła reguła zajęcia pozycji przy oknie, czy też miejsca VIP premium pilot. Rodzaj nieagresywny, brak doniesień o mutacjach typu pszczoła afrykańska czy osa. Przeważnie zaczyna się od zmiany pozycji tyłem do kierunku jazdy na przodem, jako zdrowszą z punktu widzenia medycyny alternatywnej – a potem, to jest już loteria. Często mylona niesłusznie z bardziej pretensjonalnym rodzajem Niespokojne. Rugbystki – W młodości na pewno były mistrzyniami rugby. Ich umiejętności szarży, rozpychania się łokciami oraz przygniatania pasażerów do ścian/szyb przekraczają jakiekolwiek oczekiwania. Zawsze dopchają się do najlepszego miejsca. Sama swoja – takowa babcia atakuje podobnie do Wymuszaczy lub Lokomotyw, z tym, że zamiast sama usiąść, wyszukuje w pojeździe sobie podobną babcię autobusową i namawia ją, żeby ta usiadła na wcześniej zwolnionym przez siebie miejscu. Siatomioty – wsiada sobie taka jedna do autobusu lub tramwaju, czujnym okiem namierzając pozycję wolnego krzesła oraz najbliższego kasownika. Po przekalkulowaniu i zrobieniu symulacji (chodzi o trójwymiarową symulację ruchu współpasażerów w najbliższych dziesięciu sekundach nałożoną na plan przestrzenny krzesło-kasownik-własna pozycja) rzuca siatą w stronę wolnego krzesła, a sama kasuje bilet. Po czym z godnością zdejmuje siaty z siedzenia, żeby rozgościć się na wcześniej zarezerwowanym miejscu. Dotychczasowy rekord dzierży babcia, która po wtoczeniu się do starego Jelcza (a profilaktycznie zrobiła to dość głośno) miotnęła przed nosem współpasażerów solidnie wyglądającą siatą z co najmniej pięcioma kilogramami cukru/mąki/innego popakowanego badziewia na dobre trzy metry. Byli pod wrażeniem, szczególnie, że nie potrzebowała do tego zbyt wielkiego zamachu. Skoczki (małyszki) – typ spotykany wyłącznie w pojazdach wysokopodłogowych. Charakteryzują się tym, że po wejściu na pierwszy stopień łapią się drzwi i zaczynają podskakiwać na jednej nodze niczym Małysz na Wielkiej Krokwi. Szturchające – typ bardzo podobny do Babć Lokomotyw. Najpierw sapaniem próbuje zgonić młodszą osobę z siedzenia, a gdy to nie pomaga, zaczyna szturchać ofiarę torebką lub siatką, a przy braku owych – całym ciałem. Jest to niestety dobrze działająca metoda – młoda osoba zwykle ma po kilku szturchnięciach dosyć i wstaje, a jeśli nie wstanie, zawsze istnieje szansa, że siła szturchnięcia zrzuci ją z fotela. Bardzo niebezpieczny typ. Czasami może cię uratować kwestia: „Jeżeli chce pani usiąść proszę powiedzieć, a nie pakować mi siaty w twarz” 50% skorzysta z propozycji — porażka, 20% obrazi się i przejdzie w tryb lokomotywy — połowiczny sukces, natomiast 29% zmiesza się powie „Aaaa… tego… przepraszam” — sukces. UWAGA: pozostały 1 % okaże się zakamuflowanymi Furiatkami ze skłonnościami Rewolucjonistek. Szturmaki – dosyć groźny typ babć autobusowych. Nawet kiedy autobus jest wypchany po brzegi, to kiedy tylko drzwi się otworzą, babcia wciska się do środka, nie stosując się do zasady, że wychodzącym się ustępuje i tratuje wszystkich próbujących opuścić środek lokomocji. Jeśli spotkasz taką babcię, to prawdopodobnie wysiądziesz przystanek dalej. Taterniczki – masowo spotykane w rejonie Podzamcza w Lublinie, tudzież innych uczęszczanych przystanków. Chwyta się za poręcz u drzwi z siłą imadła i z impetem wodospadu Niagara pcha się do środka, wpychając z powrotem wszystkich wysiadających. Dwie babcie w jednych drzwiach potrafią zafundować ci przejażdżkę do następnego przystanku. Po osiągnięciu celu, czyli pokonaniu naporu 20 ludzi pragnących wysiąść ulegają transmutacji w jeden z powyższych modeli. Teza, jakoby Babcie Taterniczki były odpowiedzialne za pogrom na stadionie Motoru, nie została dotąd potwierdzona i wymaga dokładniejszych badań. Towarzyskie – przeciwieństwo borostworów zajmujących dwa miejsca. Koniecznie muszą zmieścić się koło osoby siedzącej na tzw. „półtoraku”, czyli miejscu o szerokości około 50% większej od normalnego siedzenia. Bardzo ciekawa jest obserwacja jak one próbują tam usiąść. Najpierw siadają bokiem na samym brzegu, potem powoli wykonują obrót o 90 stopni i wtedy dociskają drugą osobę do okna. W przypadku siedzenia na podeście cały czas trwa walka o utrzymanie tyłka na miejscu podczas zakrętów. To nie jest babcia autobusowa Ufne – gatunek występujący jedynie w PKS. Zazwyczaj pokaźnych rozmiarów. Wbija się do zatłoczonego autobusu tylnym wejściem i podaje drobniaki jakiemuś pasażerowi by ten podał je dalej i tak do kierowcy. W polskiej rzeczywistości nie mają szans na przeżycie. Szczególnie, że zamiast biletu czasami dostają żelki. Ukraińskie handlary – typowo wiejski przypadek, w mieście niespotykany. Żeruje stadnie w dni targowe. Grube stare baby jadą do miasta obładowane garami ze śmietaną, koszami jaj i sera. Często zabierają ze sobą wnuka, albo innego bachora. Rozstawiają cały majdan w przejściu i mają pretensje do współpasażerów, że im tłuką jaja. Po sprzedaży towaru na targu kupują bachorowi dresy albo buty, a potem rozkładają ten towar na dworcowych ławkach, chwaląc się koleżankom, jak tanio je kupiły. Często spotykane w autobusach z wioch do Przemyśla, gdzie jadą handlować mlekiem i śmietaną, po uprzednim wyłowieniu z nich myszy i szczurów. Miastowe nie wiedzą, wypiją. Ustępujące - chodzą legendy, że ktoś kiedyś spotkał taką babcię. Widząc młodszą osobę wsiadającą do pojazdu, ustępuje jej miejsca, najczęściej dodając komentarz dotyczący tego jaki ten pasażer pewnie jest zmęczony/schorowany. Widma – patrzysz: autobus jedzie, babć żadnych nie ma, myślisz że odpoczniesz choć chwilkę na swoim miejscu – nic bardziej mylnego! Wówczas nagle zjawia się nie wiadomo skąd babcia widmo. Wcześniej nie wsiadała do autobusu, nikt jej nie widział, a jednak pojawiła się znikąd. Ustąpisz jej miejsce, jeden moment nieuwagi, a babci widma już nie ma. Na twoim miejscu siedzi już jakaś inna sprytna staruszka, a ty stoisz dalej jak ten baran. Wielorodzajowa – jak nazwa wskazuje, babcia może być babcią widmo i jednocześnie babcią rugbystką! Wilcze stada – bardzo skuteczna taktyka działania nie tylko niemieckich okrętów podwodnych z okresu drugiej wojny – atakują watahą, a ich jazgot rozlega się na cały autobus i wygryzają każdego z ich siedzeń. W przypadku oporu każdy zostanie storpedowany lub unicestwiony całym arsenałem broni konwencjonalnej lub chemicznej. Właścicielki – mają wykupiony wirtualny abonament na używanie danego siedzenia w autobusie i dostają szału jeśli ktoś je zajmie: „Siedzisz na moim miejscu!”. Odmiana Babć Furiatek i Wymuszających. Wspierające służbę zdrowia – występują grupowo, najczęściej na liniach zatrzymujących się w pobliżu wszelakich ośrodków służby medycznej. Po drodze nawiązują ze sobą kontakt za pomocą technik wzajemnego podsłuchiwania i narzekania na swoje jakże poważne problemy zdrowotne; następnie połączone serdeczną znajomością i wizją wspólnej przygody porównywalnej do historii opisanej we „Władcy Pierścieni”, wymieniają się uwagami na temat lekarzy, recept, leków i tym podobnych. Na przystanku docelowym opuszczają autobus, raźno i rączo pomagając sobie wzajemnie. Wymuszające – zazwyczaj jest ich kilka. Gdy sobie młoda osoba spokojnie siedzi, stają dookoła niej i zaczynają rozmawiać, jakie to dzieci lub dzisiejsza młodzież są źle wychowane. Zaplutki – zawsze atakują w parach. Rozpoznać je można po dość chudej posturze. Przed atakiem zawsze konwersują gdzieś koło miejsca ofiary. Atak przebiega tak: Podchodzą do ofiary i śliniąc się, rozpryskując ślinę na wszystkie strony, seplenią coś pod nosem. Robią to z taką gracją, że ślina pada dokładnie na ofiarę, zmuszając ją do kapitulacji i szybkiego zwolnienia miejsca. Po wykonaniu tej operacji, szybko kładą torebki na zwolnionym miejscu i podchodzą do najbliższego posiadacza krzesła, powtarzając proces. Gdy i to się powiedzie, jedna z nich siada, a druga przynosi jej torebkę z wcześniej zajętego miejsca. Niektórzy ludzie liczą czas opierania się babciom zaplutkom, a oficjalny rekord wynosi minutę i pięć sekund. Dość powszechne babcie, lecz szczególnie niebezpieczne. Unikaj ich jak długo się da. Zapobiegliwe – jak tylko ludzie wejdą do autobusu na jakimś przystanku i drzwi się zamkną, zaczynają przepychać się do wyjścia, mówiąc, że na następnym wysiadają. Warto zauważyć że nie ma tu znaczenia odległość ani czas podróży między przystankami, po prostu ZAWSZE musi wstać od razu po zamknięciu na poprzednim przystanku i po tym jak ludzie są już ciasno ubici, nawet gdyby miało to oznaczać stanie przy drzwiach przez 15 minut. Często przejawia cechy Babci Ankieterki. Zapominajki – wchodzą do autobusu, zajmują miejsce posiadaną torebką, idą skasować bilet i zapominają o tym, że kieszonkowcy lubią takie łupy. Znajome – atakują pojedynczo. Przysiadają się do osoby siedzącej samotnie i wtedy zadają pytania w stylu „Jak się pan nazywa?”, „A pana dziadek to służył na wojnie?”. Przy okazji atakują w stylu zaplutek. Tu rekord opierania się wynosi 52 sekundy. Z Biedronki – zawsze wydaje ci się, że skądś znasz tę twarz, więc odruchowo mówisz „dzień dobry”, a ona nie reaguje. Kiedy już wychodzisz z autobusu, wreszcie zdajesz sobie sprawę, że tydzień temu wciskała ci dodatkową parę skarpet za 39,99, abyś dostał ostatnią naklejkę na Świeżaka. Z kotem – tego rodzaju babcia autobusowa ma ze sobą kota, który służy jej za zwierzynę łowczą. Kot taki biega po autobusie i wygania siedzących z wygodnych, zajętych uczciwie miejsc. Babcia wykorzystuje sytuację i siada, a kota chowa się w torbie. Jeżeli ktoś zajmie zwolnione miejsce, babcia stosuje taktykę aż do skutku. W życiu prywatnym zazwyczaj hoduje niezwykle wielką ilość kotów w domu i wszystkie je karmi. Często ma we włosach strzępki kociej sierści. Naturalny wróg metali. Z psem – atakuje tak samo, jak babcia z kotem, lecz do walki używa psa. Zazwyczaj hoduje bardzo dużą ilość psów, głównie pudli lub co gorzej bandę rozwydrzonych kundelków. Z bagażem – nowy gatunek odkryty w Warszawie. Zaczepia cię na przystanku i prosi abyś pomógł wnieść jej bagaż. Jako że to nowy, nieznany gatunek, zwykle ofiara jest tak zaskoczona że pomaga. Wtedy babcia siada na miejscu ofiary i zabiera od niej bagaż. Żołnierki-tułaczki – typ popularny jesienią w autobusach na trasach wiejskich i podmiejskich, okresowa odmiana ukraińskich handlar. Zazwyczaj wcześniej się umawiają i o świcie w dzień targowy ładują się do autobusu z worami fasoli, grochu i orzechów na sprzedaż. Cały ten majdan zwalają obok kierowcy i wzdłuż autobusu tworząc okopy. Nie ma szans, żeby się wydostać stamtąd przed nimi, ani się przez nie przedrzeć. Dwie godziny później wracają z siatami pełnymi chleba, bułek, margaryny i z 3-litrowym olejem (bo w mieście są o 10 groszy tańsze!). W tym momencie laska przeszkadza, więc trzymają ją pod pachą. Śpieszą się okrutnie, żeby zdążyć na autobus, bo ocielonkę trzeba wydoić. Po takim rajdzie są już głodne i ukradkiem jedzą salceson z gazety. Znana jest historia, jak taka żołnierka wpadła zdyszana do autobusu stojącego na przystanku i krzyczy do kierowcy Do Tuchli już lecioł?, na co cały autobus chórem LECIOŁ!!! Okrucieństwo losu[edytuj • edytuj kod] Czasem los bywa okrutny dla babć autobusowych. Dowodzą tego następujące przypadki: W całym pojeździe są wolne krzesła. Wówczas nie da rady stanąć nad gimnazjalistą lub studentem i narzekać, jak źle wychowana jest obecna młodzież. Wszystkie miejsca są zajęte przez inne babcie autobusowe. Jeszcze gorzej, bo nie dość, że nie można narzekać, to jeszcze i usiąść (babcie autobusowe znają supermoce każdego innego gatunku). Autobus lub tramwaj zjeżdża do zajezdni. Wiadomo, koniec podróży. Zobacz też[edytuj • edytuj kod] autobus emeryt pasażer Przypisy ↑ Pytając się wróżki p • eKomunikacja miejskaAutobusyAutobus widmo • Autosan (A1010M, H6, H9) • Bus • Ikarus (260, 280, 284, 411, 415, 417) • Jelcz (120M, M081MB, M101I, M11, M121, M180) • MAZ (203) • Mercedes-Benz (Citaro) • Neoplan • Pekaes • Urbino • Solbus (Solcity 11M • Solcity 12) • SOR BN 12 • Świniobus • Trolejbus • Volvo (B10B) • WsiobusTramwajeBombardier NGT6 • Düwag (GT, M/N8C) • Ceglorz (118N) • Konstal (13N, 102Na, 105N, 105Na, 105NWr, 105N2k/2000, 805Na) • Modertrans (Moderus Alfa, Moderus Beta) • Pesa (Jazz, Krakowiak, Swing, Tramicus) • Protram (105Nwr, 204WrAs, 405N) • Škoda (16T • 19T)Kolejka podziemnaMetro (berlińskie • londyńskie • warszawskie) • Premetro (Pestka • KST • Szczeciński Szybki Tramwaj)Sieci autobusoweBiałystok • Bielsko-Biała • Gdańsk • GOP • Łódź • Szczecin • Warszawa • WrocławSieci tramwajoweBydgoszcz • Gdańsk • Kraków • Łódź • Poznań • Szczecin • Warszawa • WrocławPrzedsiębiorstwaMPK (Łódź • Lublin) • MZA • MZK (Jelenia Góra • Koszalin • Pabianice • Słupsk) • PKS • Śląskie Konsorcjum Autobusowe • ZKM Gdynia • ZTM WarszawaLudzieBabcia autobusowa • Kontroler biletów • MKM • Motorniczy • Pasażer • Przystankersi • Szofer • TaksówkarzInneBilet • Kabiniarstwo • Kanaromania • Karta ŚKUP • Kasownik • KPP-2 • Napawanie • Przystanek autobusowy (na żądanie) • Rozkład jazdy • Taksówka • Transport kombinowany • Wolne miejsce • Zjazd do zajezdni
"Coś w tym było, nie wiem co, Że mój dziadek lubił to Był najlepszym zegarmistrzem w okolicy " Zegarmistrz - Jacek Zwozniak "Gdy będę jasny i gotowy Za gaz i światło, i telefon, i mieszkanie, i garaż i samochód, i składki, alimenty, i wszystkie różne takie tam uiszczę Gdy nic nie przyjdzie mi do głowy To będę sobie
Obchodzone dziś i jutro Dzień Babci i Dzień Dziadka to dobry pretekst do refleksji o roli dziadków w życiu starszego pokolenia, a także w życiu ich dzieci i wnuków. I spojrzenia z łagodnością i wyrozumiałością na siebie nawzajem. Bycie babcią i dziadkiem to mnóstwo wspaniałych emocji, ale bywa też – jak to w życiu, jak to w relacjach – trudno. Szczególnie współcześnie, gdy tradycyjny wzorzec nieco przestaje przystawać do rzeczywistości, a mnożą się wyzwania i pytania. Wierzymy jednak, że refleksja i rozmowa mogą wiele ułatwić i ulżyć. Dlatego dzisiejszy materiał przedstawiamy z nadzieją, że dotrze do różnych pokoleń, uderzy w czułe struny i jednocześnie złagodzi konfliktowy często dialog. O nowych emocjach, naturalnych konfliktach, ukrytym żalu i granicach w triadzie dziadkowie-rodzice-wnuki rozmawiamy z psycholożką Justyną Dąbrowską z Laboratorium Psychoedukacji. Rozmowie towarzyszą zdjęcia z zasobów Narodowego Archiwum Cyfrowego autorstwa Grażyny Rutkowskiej. Zabierające w nostalgiczną podróż fotografie z lat 70. pokazują szarą codzienność, ale też paletę ciepłych rodzinnych uczuć. Kiedy myślę o relacjach dziadków i rodziców, jednym z pierwszych przychodzących do głowy tematów jest różnica zdań, konflikt. Wydaje się, że wiele nieporozumień wynika z pędzących jak nigdy wcześniej zmian. Zmian zaleceń, wiedzy medycznej, nowych teorii psychologicznych. Trudno się w tym odnaleźć rodzicom, jest to wyzwanie dla ekspertów, nie wspominając o starszym pokoleniu, które jest zupełnie „obok”. Czy mogłaby się Pani do tego odnieść? Rzeczywiście jesteśmy świadkami dużej zmiany kulturowej. Ta zmiana polega na tym, że bardzo wzrosła nasza wiedza o rozwoju małych dzieci i jest zupełnie inna niż lata temu. Co prawda teoria przywiązania powstała dawno, ale w Polsce dopiero od niedawna przebija się do tak zwanego mainstreamu. Wzrasta świadomość, coraz częściej uwzględnia się to, że małe dzieci mają szczególne potrzeby. Ta zmiana kulturowa mnie cieszy, bo wraz z nią wzrasta gotowość większego upodmiotowienia dziecka, widzenia w nim odrębnej osoby, z czym w naszym społeczeństwie mamy stale kłopot. W wielu środowiskach dzieci są traktowane przedmiotowo, jest przyzwolenie na przemoc wobec dzieci, stosuje się strategie „wychowawcze” podobne do tresury zwierząt. Kary, nagrody, łakocie jako zachęta, kary fizyczne jako hamulec – nadal często traktuje się dziecko jak kogoś, nad kim trzeba zapanować lub kogo trzeba odpowiednio zmanipulować, a nie kogoś, z kim budujemy relację. Ale idzie nowe… Ta zmiana, w której jesteśmy, oznacza, że zorientowaliśmy się, że dzieci są ludźmi, a ludzie mają swoje intencje, potrzeby, upodobania. I różnią się między sobą. Dla mojego pokolenia pierwsze zetknięcie się z takim myśleniem może być zaskoczeniem. Bo wprawdzie lubimy cytować Korczaka, ale mam wrażenie, że wciąż go nie uwewnętrzniliśmy. Mówię „my” o moim pokoleniu – ludzi urodzonych w latach 60. zeszłego stulecia, o współczesnych babciach i dziadkach. Kiedy rodzi im się wnuk, to może być pierwszy raz, gdy dowiadują się, jak ważny jest kontakt skóra do skóry, karmienie piersią, noszenie, przytulanie, słuchanie potrzeb małego człowieka. Jak ważny jest szacunek. Z tym wiąże się drugi wątek, bardziej nieświadomy – te nowe sposoby postępowania z dziećmi często są postrzegane przez starsze pokolenie jako wymierzone przeciwko nim. Kiedy matka młodej matki obserwuje, jak ta opiekuje się swoim niemowlakiem, to nader często odczytuje w tym komunikat: „zobacz, tak się prawidłowo nosi dziecko, ty robiłaś źle”. Dlaczego tak to odbierają? Z czego to wynika? Jest wiele powodów. Czasem to rzeczywiście może być forma wyrzutu: „a właśnie będę ją nosić, ty mnie w ogóle nie nosiłaś, pokażę ci, kto tu potrafi matkować”. Ale znacznie częściej ten odczyt jest raczej po stronie świeżej babci (dziadkowie wydają się być mniej uraźliwi). W moim pokoleniu jest dużo nieprzepracowanych mikrotraum związanych z okołoporodowymi i okołomacierzyńskimi tematami. Myślę, że kiedy kobieta z mojego pokolenia patrzy na młodą matkę, która karmi piersią i widać wyraźnie, że to karmienie obu stronom, matce i dziecku, sprawia przyjemność i jakoś się układa – a ja akurat jestem osobą, której to się nie udało, bo nie miałam wsparcia, wiedzy, bo kazano mi karmić 6 razy na dobę mlekiem w proszku – to gdzieś na poziomie nieświadomym może się obudzić rodzaj bolesnej zazdrości: „hmm, a ja tego nie miałam”. I teraz mogą się wydarzyć różne na to reakcje. Jedna kobieta pomyśli: „no, szkoda, że mi się nie udało, że nie było wtedy takich fajnych doradczyń laktacyjnych, takiej wiedzy, ale to niesprawiedliwe, że ja tego nie doświadczyłam, smutne to…”. I wtedy można powiedzieć córce: „wzrusza mnie, jak was razem widzę, cieszę się, że tobie się udało, trochę mi smutno, że my tego nie miałyśmy”. Nie jest to chyba jednak najczęstsza reakcja. Jeżeli to jest całkiem nieświadome, to tylko poczujemy ukłucie w środku. Zinterpretujemy jako niepokój i zanim pomyślimy: o co mi chodzi? czemu tak czuję?, to rzucamy: „a co on tak płacze, nie jest głodny? chyba tego mleka to masz za mało”. To są komunikaty, które kobiety w kółko słyszą od swoich matek i teściowych. To nie jest intencjonalne, to raczej odruch, żeby przerwać tę scenę. Bo te ukłucia w środku są trudne do zniesienia. Chciałabym w takiej sytuacji powiedzieć mojej rówieśniczce: „zobacz, tobie się nie udało, ale twoja córka potrafi, to też jest jakaś twoja zasługa”. Zauważam, że jest niestety taka tendencja, żeby przerywać sceny czułości, troski, tkliwości. Psuć je. Cała historia z wyganianiem karmiących kobiet ze sfery publicznej… Jakby trudno było patrzeć na coś dobrego, jakby to w patrzących poruszało jakieś bolesne struny. Jeżeli ja nie nosiłam, nie karmiłam, odkładałam, żeby dziecko się wypłakało, bo ktoś mi tak poradził, to może być mi smutno, mogę czuć się winna. I wtedy może się pojawić to: „ja nie nosiłam, to ty też nie noś. Bo jak ty nosisz, to to znaczy, że ja robiłam źle”. Mam wrażenie, że często też przy okazji zderzamy się bezpośrednio ze stanowiskiem typu: „przecież wy jedliście cukier od małego, na piersi byliście 3 miesiące, odkładałam do wypłakania i co, zdrowi jesteście!”. Zdaje się, że aktualna wiedza medyczna w tym zakresie, która jest bardzo wspierająca dla bliskości czy naturalnego karmienia, nie jest w ogóle argumentem dla krytykujących. Bo zahacza o coś bolesnego. Poza tym zajmowanie się dziećmi to akurat taka sfera, która podlega dość bezwzględnej ocenie społecznej. Jeżeli jako rodzice spotykamy się z czymś, co czytamy jako krytykę, to uruchamia się poczucie winy. Niejednej babci trudno jest powiedzieć sobie samej: „OK, robiłam najlepiej jak umiałam z tą wiedzą, która była dostępna, starałam się”. Niestety, obronnie łatwiej pójść w kierunku: „oczywiście, że słodkie jest dobre, o czym tu dyskutować, co to za nowomodne fanaberie”. Podobna dyskusja jest wokół klapsów. Dziś wiemy, co znaczy dla dziecka, gdy jest bite, kiedy boi się rodziców. Wiemy, jakie są długoterminowe konsekwencje wysokiego poziomu kortyzolu, hormonu stresu, dla rozwoju emocjonalnego dziecka. Co możemy zrobić z tą wiedzą? Albo przeprosić nasze dziś dorosłe dziecko i przyznać, że się nie umiało inaczej, ale teraz rozumiemy, że to było złe. Albo można pójść w stronę zaprzeczenia i racjonalizowania: „no i dobrze, że dostał raz czy drugi, nie ma co się pieścić”. To jest właśnie uprzedmiotowienie dziecka, niebranie pod uwagę tego, że jest odrębnym człowiekiem, któremu z definicji należy się nasz szacunek, który chce się czuć przy nas bezpieczny, a nie podporządkowany. Zastanawiam się, co my jako rodzice mamy w takich sytuacjach robić. Nie mówię o biciu dzieci, to nie podlega dla mnie dyskusji, ale o tematach, w których te granice powiedzmy są płynne. Np. słodycze, jedzenie ogółem, ekrany. Podsuwać źródła, starać się coś zmienić, zarządzać jakoś tym czasem dziadkowie-wnuki czy raczej unikać sytuacji, w których moglibyśmy się „zderzyć” i zweryfikować, czy mamy różne spojrzenia? Niestety, nie jest to takie proste, nie ma tu jednej właściwej strategii. To wszystko odbywa się w relacjach, w konkretnej rodzinie, w kontekście jej doświadczeń i więzi. Upraszczając, można powiedzieć, że jeżeli w rodzinie jest bliskość i klimat sprzyjający rozmowom, jeśli jest więcej dobrego niż trudnego, to oni sobie jakoś poradzą z tymi różnicami. Wtedy córka może powiedzieć matce: „Zaufaj mi. Widzę, że to, że my go nie karmimy, tylko on sam je łapkami, cię drażni, ale ja chcę po prostu, żeby sobie sam wybierał, co chce jeść i to nie jest przeciwko tobie”. Może wtedy ten dziadek czy babka nie poczują się krytykowani. Ale może być też inaczej, bo wszystko odbywa się w jakimś kontekście, w innej rodzinie, gdzie komunikacja jest od dawna zablokowana, wszyscy zamiast rozmawiać, lawirują i starają się omijać tematy sporne. Może będzie się unikać karmienia przy babci lub szukać sposobu „redukcji szkód”, np. u nas w domu panuje BLW, a babcia niech karmi łyżeczką – najwyżej mały potem doje w domu. Niektórzy rodzice wybierają konfrontacje typu: „nie zgadzam się, żebyście dawali mu cukierki”, w innej rodzinie będą o to prosić, a w jeszcze innej uznają, że jakoś przetrzymają te cukierki, skoro poza tym wnuk z dziadkiem wspaniale się dogadują. Myślę, że w przypadku „zasad”, o których respektowanie prosimy dziadków, warto mówić wprost o tym, dlaczego nam zależy, co stoi za tą zasadą. Np. „Nie puszczamy Meli bajek na telefonie, bo zauważyliśmy, że ona bardzo w to wsiąka, a potem jest rozdrażniona, zmęczona. Za mały ekran, za szybko się wszystko tam rusza. Męczy ją to. Ale bajka z rzutnika puszczana na ścianę jest OK”. Komunikat „Nie, bo nie” jest trudno przyjąć poważnie, brzmi jak zaproszenie do gry w „kto ma rację”. Można pokazywać swoją perspektywę i patrzeć, co się dzieje, jak to działa. To wszystko dzieje się w kontekście relacji, warto myśleć, co jest dla nas ważniejsze: „racja czy relacja”. Różnie z tym bywa. Wspomniała Pani wcześniej o traumach w pokoleniu dziadków. Myślę, że pokolenie rodziców też ma w sobie mnóstwo nieprzepracowanych wątków, co zauważamy często, dopiero sami zostając rodzicami, po wielu latach, i widzimy w tych traumach udział swoich rodziców. Dlatego też może być nam ciężko oddać odpowiedzialność dziadkom, bo po prostu martwimy się o swoje dzieci i nie chcemy, żeby przechodziły przez to samo, chcemy je uchronić. Może to dotyczyć kwestii bardziej powierzchownych, ale też tych na głębszym poziomie, jak np. kary. Czy my jako rodzice powinniśmy zarządzać jakoś tymi relacjami czy oddać pole dziadkom? Zacznę od powiedzenia czegoś bardziej ogólnego: my nie mamy kontroli nad innymi ludźmi. Możemy w miarę – jak się nam uda – starać się kontrolować siebie, choć i to nie zawsze się udaje, czasem wychodzimy z siebie. Nie mamy natomiast wpływu na wybory i decyzje innych. Ponieważ nie mamy kontroli nad tym, co robią dziadkowie, usiłujemy wymuszać na nich zachowania, które nam odpowiadają – uciekamy się do manipulacji, przekonywania, biernej agresji i coraz bardziej się wikłamy. To, co może pomóc, to zobaczenie, że nasze dzieci nie są nami, a nasi rodzice trochę się zmienili. Czasem – wcale nie tak rzadko – na lepsze. Jeśli, kiedy zostajemy rodzicami i widzimy naszych rodziców „w akcji” i coś nam się przypomina z naszego dzieciństwa – powiedzmy to wprost: „Jak tak fukasz na Gucia, to mi się przypomina, jak fukałeś na mnie. Bałam się tego, tato, postaraj się być cieplejszy teraz”. Czasem robi się tak nieprzyjemnie, że włos nam się jeży na głowie. Możemy to przerwać, powiedzieć: „Nie zgadzam się, żebyś straszyła Hanię. Ona wierzy we wszystko, co mówisz, bo ma zaufanie do dorosłych”. Myślę, że jednak rzadko coś się aż tak bardzo powtarza, trochę czasu minęło i dzisiejsi dziadkowie w międzyczasie odbyli jakąś swoją drogę i już są nieco innymi ludźmi, niż kiedy byli rodzicami. Zwykle zależy im na relacji z wnukami i są gotowi zainwestować wysiłek w tę miłość. A co do tego, że dziadkowie są inni niż rodzice i mają inne spojrzenie, obyczaje – w tym nie widzę zagrożeń. Dziecko żyje w świecie, który jest różnorodny, ludzie są różni, mają różne wartości, przekonania, obyczaje, temperamenty. Nie mamy możliwości stworzenia dzieciom świata, gdzie wszyscy będą tacy jak my, prawda? Rodzice są dla dziecka najważniejszymi ludźmi i to oni tworzą rusztowanie, na którym się opiera sposób funkcjonowania malca. A dziadkowie, nawet jeśli są bardzo obecni i ważni, mają jednak mniejsze znaczenie. Wkładają coś do świata dziecka, ale o nim nie decydują. Rozumiem ten dylemat, o który Pani pyta: czy mam zostawić dziecko z mamą, a ona będzie mu codziennie kupować lizaki, czy mam wyłożyć oszczędności i zatrudnić opiekunkę. Nie znajdziemy jednoznacznej odpowiedzi. Czasem nie ma wyjścia i opiekunka jest koniecznością, a czasami da się wypracować jakiś model pokojowej współpracy. Jeśli dziadkowie są otwarci. Sama mam dwójkę wnuków i musiałam się dużo nauczyć przy tej okazji i poćwiczyć pokorę i nieurażanie się. Moja córka jasno mówiła: „słuchaj, mamo, to, co teraz mówisz, kompletnie mi nie pomaga”. Nie jest przyjemnie usłyszeć coś takiego, w pierwszej chwili może się pojawić ukłucie przykrości. Ale tak naprawdę to się cieszę, że córka to powiedziała. Zatrzymała mnie w czymś, pokazała swoją granicę, a ja mogłam się nauczyć czegoś nowego. Pokazała mi też, że się mnie nie boi, że może mi powiedzieć coś przykrego, a to nie zniszczy naszej więzi. To dla mnie bardzo ważne. To jest zbliżające, a nie oddalające. Pojawienie się wnuków zmienia też dynamikę układu z własnym dzieckiem – oficjalnie zostaje ono dorosłe, to chyba najbardziej znaczący próg obok wyprowadzki. Jak budować na nowo relacje, na co szczególnie być uważnym? Tak, jest to duża zmiana w układzie i bywa to okazja na tak zwane „nowe otwarcie”. Matka ma dobrą okazję – jeśli do tej pory tego nie zrobiła – docenić swoją córkę, bo widzi jej kompetencje, troskę, czułość, cierpliwość. Może to w niej podziwiać. Młoda matka może znaleźć w sobie więcej zrozumienia dla rodziców, ich postaw, motywacji, lęków. Może też zobaczyć nową twarz swoich starych rodziców, poznać ich od innej strony: ojciec zawsze był zanurzony w pracy, a teraz pokazuje cieplejszą albo bardziej zaangażowaną stronę. Matka była wymagająca, rozliczała z osiągnięć, a teraz wyluzowała, ma więcej poczucia humoru na własny temat. Można zbliżyć się na nowo, mogą stworzyć się nowe połączenia. Ale oprócz blasków są także i cienie – jak człowiek zostaje rodzicem, to staje się bardziej dojrzały, ale jednocześnie trochę symbolicznie „popycha” swoich rodziców w stronę śmierci. Pojawia się nowe pokolenie i starsi, siłą rzeczy, przesuwają się w stronę horyzontu. Uświadamiamy sobie ten życia krąg. Tak, a to może rodzić wiele trudnych emocji. Są osoby, które bronią się przed nazywaniem ich babcią i dziadkiem, za tym być może stoi ten lęk przed przemijaniem. W dzieciach, które stały się rodzicami, też może pojawić się w związku z tym niepokój. Dociera do nich, że ich rodzice kiedyś odejdą, że robi się miejsce nowemu pokoleniu. Co dziadkowie mogą zaoferować wnukowi, czego nie mogą dać rodzice? Więcej swobody. Dziadkowie nie są tak odpowiedzialni za dziecko. My naprawdę zbieramy samą śmietankę (śmiech). Możemy po prostu kochać te dzieci i cieszyć się ich rozwojem, ciekawością świata, zmianami, czułością. Nie wisi nad nami poczucie odpowiedzialności, które rodzicom bardzo ciąży. My już nasze dzieci odchowaliśmy, wiemy, w czym narozrabialiśmy, nie musimy się już tego bać. W relacji z wnukami zwykle jest mniej lęków, mniej niepokoju. To także kwestia perspektywy. Z tym wiąże się dla mnie pewien frazes, że „dziadkowie są od rozpieszczania”. Czy to jest dobre dla wszystkich zainteresowanych stron podejście? To zależy, co rozumiemy przez rozpieszczanie. Dla mnie to co innego niż „rozpuszczanie”. Dorosły rozpuszcza, gdy nie mówi o swoich granicach, wtedy wszystko rzeczywiście staje się płynne, „rozpuszczone”, a w rozpieszczaniu nie widzę nic złego – pieszczota jest wyrazem miłości, czułości, tkliwości, uwagi. Dziadkowie mają tego więcej, bo mają czas. Nawet jeśli są nadal aktywni zawodowo, to już nie jest etap gorączkowego budowania kariery. Jest więcej przestrzeni na rozpieszczanie, które wymaga głównie czasu – to np. sytuacja, gdy wnuczek przychodzi, siada mi na kolanach i godzinę czytamy książkę. Nigdzie się nie śpieszymy, możemy sobie o tej książce rozmawiać. Albo idziemy na spacer, przystajemy, podziwiamy to, co mijamy po drodze, wpadamy do cukierni, pijemy kakao, idziemy dalej. Albo jeździmy pociągiem ze stacji Powiśle do stacji Stadion i z powrotem. Tak rozumiem rozpieszczanie. Jako niespieszne bycie razem, wychodzenie naprzeciw potrzebie więzi. Rodzice nie mają takiej możliwości, bo opiekowanie się małym dzieckiem na ogół przypada na ten okres w życiu, kiedy budujemy pozycję zawodową, tworzymy dach nad głową. Dużo spraw, stres, pośpiech. Chciałabym jeszcze wrócić do tematu granic. Jak nie dać się wmanewrować wbrew woli w rolę niańki, zwykle darmowej i full-time? Coraz powszechniejszy jest model „drugiej młodości”, dziadkowie mają swoje życie, pasje, relacje, w których nie ma miejsca na rolę opiekunki na zawołanie. Tu jest wiele różnych warstw do omówienia. Przede wszystkim myślę o tym, że w naszym kraju lekceważy się potrzeby rodziców małych dzieci. Matki mają wprawdzie roczny urlop, co bardzo doceniam, ale potem jest wielka dziura. Jest jakaś symboliczna liczba miejsc w żłobkach, dla wielu niedostępnych. Opiekun dzienny, który mógłby być tu idealnym rozwiązaniem, właściwie nie istnieje. Jednocześnie rodzice muszą przecież płacić rachunki, kredyty. Babcie i dziadkowie są w tej sytuacji trochę bez wyjścia – jeśli nie mieszkają daleko, co dziś jednak jest bardzo częste, starają się pomagać. Tak zwana sytuacja ogólna stawia babcie i dziadków w konflikcie, którego nie chcą. Jak dziadkowie mogą stawiać granice? Granic nie trzeba „stawiać”. One są już postawione i każdy z nas ma je przy sobie. Jedni bliżej, inni dalej. Kłopot w tym, że najpierw trzeba je sobie uświadomić, a potem umieć zakomunikować: „Wiesz, dla mnie 6 godzin z Józiem jednego dnia to za dużo, zbyt męczące i na koniec mam ochotę już włączyć mu bajkę, pomyślmy, jak to inaczej rozwiązać”. Mówienie o granicach to jest kłopot, pewnie dlatego, że – wracając do początku naszej rozmowy i tego, jak przedmiotowo traktowano niegdyś dzieci – granice dzisiejszych rodziców notorycznie były kiedyś przekraczane: zmuszanie do karmienia, przedwczesne wysadzanie na nocnik, zmuszanie do leżakowania etc. Moje pokolenie, które również często było wychowywane w sposób dość przemocowy, także ma kłopot z czuciem własnych granic, zobaczeniem, czego chcę, co jest dla mnie w porządku. W tym wszystkim nie pomaga ciągle żywa „matkopolkowa” narracja, która mówi, że choćbyś się czołgała ze zmęczenia, to musisz! Matki Polki stały się Babciami Polkami i też czują rodzaj obligacji, że trzeba się poświęcać. Temat granic to duży temat, wart omawiania w rodzinie. Niełatwy z uwagi na zaszłości, ale też na to, że rodzina z małym dzieckiem nie na wiele może liczyć w Polsce. Z drugiej strony, to słaby pomysł, by maluchami zajmowała się zmęczona, rozżalona kobieta, która najpierw zajmowała się własnymi dziećmi, a potem swoimi rodzicami. Mam nadzieję, że w młodszym pokoleniu już tak nie będzie, że kobiety będą miały więcej wsparcia, że sobie je wywalczą. Zawsze dla kogoś. Dokładnie. To poświęcanie się jest niestety wciąż społecznie nagradzane, a jak chcesz coś zrobić dla siebie, np. zapisać się na kurs tańca dla seniorów – to fanaberia! Ciągle kręcimy się wokół tematu babci, wynika to w linii prostej z tego, w jakim świecie żyjemy, ale ten świat właśnie się też zmienia. Może to jest ten moment, ten pretekst, żeby dziadek mógł się przebić i być na orbicie. Obecni dziadkowie byli jako ojcowie mniej zaangażowani w opiekę nad dziećmi i może czasem nie potrafią wejść w relacje z wnukiem. Ale też jest tak, i mamy tego jasny obraz w badaniach, że wielu mężczyzn w wieku 65+ jest w o wiele gorszej kondycji fizycznej niż ich partnerki i to również może być bariera. Mężczyźni 65+ w Polsce częściej cierpią na nadciśnienie, otyłość, piją za dużo alkoholu, mogą się nie wyrywać do opieki nad maluchami. I ten wspomniany brak doświadczenia. Mam osobisty przykład mojego taty, który nie wiedział za bardzo, z której strony podejść do niemowlaka, co ma z nim robić, jak się zająć. Gdy tylko syn podrósł i można było z nim biegać po parku – chętnie podjął się opieki i zaczął z nim spędzać naprawdę dużo czasu. Właśnie, ci dziadkowie nie mają własnego doświadczenia i nie mogą do niego sięgnąć. My również. Wyobraża sobie Pani mężczyznę po sześćdziesiątce z maluchem w chuście? Może nawet by chciał, ale może być w nim też rodzaj skrępowania, że co ludzie powiedzą, że co on, zbabiał? To jest tak odległe od wzorca, w którym był wychowany, że rzeczywiście może się w tym czuć zagubiony. Chcę zaznaczyć, że nie oczekuję od rodziców, żeby to oni organizowali tę relację. Nie, to dziadek jest odpowiedzialny za swoje relacje z wnukami. Jeżeli będzie chciał, będzie zaciekawiony, może podejrzeć, jak rodzice malucha się z nim bawią, jak go pielęgnują i spędzają czas. Jeśli będzie chciał się zaangażować, to warto mu szeroko otworzyć drzwi. Wielu z nas żyje w rodzinach nuklearnych. Zmieniamy miejsca zamieszkania, mamy sporadyczny kontakt z dziadkami, nie jesteśmy za specjalnie blisko. Czasem widzimy potrzebę tej relacji bardziej, gdy jej właściwie nie ma. Dlaczego taka relacja międzypokoleniowa jest istotna? Co czerpią z niej zainteresowane strony? Kontakt między generacjami może wnosić dużo rzeczy przyjemnych, ale i dużo trudnych. Mieszkamy w szczególnym miejscu, niezbyt szczęśliwym, nasi przodkowie napatrzyli się na okropne rzeczy. Dzisiejsi osiemdziesięciolatkowie, pokolenie pradziadków, pamiętają jeszcze wojnę – to nie wydarzyło się tak dawno, i dlatego wciąż siedzi w kościach i płynie w żyłach. Niech Pani zobaczy, że my wciąż – siedemdziesiąt lat po wojnie – boimy się głodu! Jak niemowlę nie chce jeść, to natychmiast rośnie lęk w babce, w matce. Jak się zastanowimy, to tak naprawdę nie wiemy, czemu nam zależy, żeby dziecko zjadło tę „jeszcze jedną łyżeczkę”. Brytyjskie matki właściwie nie używają słowa „niejadek”. To jest gdzieś zaszyte w naszych rodzinach i krąży. Podobnie temat separacji, nagłej rozłąki. Za dużo tego było kiedyś i teraz nie mamy tu luzu. Warto to wyciągnąć na światło dzienne i opowiedzieć na nowo, żeby nie widzieć w tym dziecku, które odwraca się od kaszki, zagłodzonego małego człowieka. Przekaz transgeneracyjny ma też swoje zalety. Gdy mamy kontakt ze swoją rodziną, mamy poczucie ciągłości, osadzenia w życiu. Wiemy skąd przyszliśmy, kto był przed nami. To daje poczucie oparcia. To zaspokaja potrzebę przynależności, opisania siebie i swojej historii. W tym sensie jest to wartościowe i warte poznania, ale ze świadomością, że jak zaczniemy szukać, możemy w szafach odkryć różne niespodzianki. Jak być wystarczająco dobrym dziadkiem i babcią? Odpowiem przekornie. Myślę, że podstawowym zadaniem, jakie mamy jako dziadkowie, jest nadal to samo – kochać nasze dzieci. I nie zdradzić ich z naszymi wnukami. Nasze córki, nasi synowie – mimo że zostali rodzicami – wciąż nas potrzebują. Zwłaszcza, gdy ich dzieci są malutkie. Miłość do wnuków, jak już mówiłam, jest czymś wspaniałym, można mieć samą przyjemność i to jest takie wciągające. A tak naprawdę to, czego nasze wnuki potrzebują najbardziej na świecie, to w miarę odprężeni rodzice. * Justyna Dąbrowska – psycholożka związana z Laboratorium Psychoedukacji, certyfikowana psychoterapeutka Europejskiego Stowarzyszenia Psychoterapii. Pracuje głównie z kobietami w okresie okołoporodowym, prowadzi również terapię relacji rodzic-niemowlę. Pisze, redaguje i publikuje. Jako autorka wydała między innymi „Matkę młodej matki”, „Nie ma się czego bać. Rozmowy z Mistrzami” oraz „Miłość jest warta starania”. Laboratorium Psychoedukacji to pierwszy w Polsce niepubliczny ośrodek psychoterapeutyczny działający od 1978 roku. Zespół LPS świadczy wszechstronne usługi psychoterapeutyczne w nurcie psychodynamicznym. Oprócz psychoterapii i szkoleń od ponad 40 lat organizuje również Grupy Otwarcia® – pięciodniowe wyjazdy prowadzone według autorskiej formuły wypracowanej przez specjalistów z ośrodka. * Dziadek, Babcia – co dla was znaczą te słowa? Jak wyglądają wasze relacje ze starszym pokoleniem? Czy zmieniły się po pojawieniu się dzieci? Podzielcie się z nami swoimi refleksjami w komentarzach.
Polubienia: 1.1K,Komentarze: 26.Film użytkownika last.._..day_official (@last.._..day_offi) na TikToku: „Czasami są i takie dni 🥺🥺🥺 #cytaty #smutne #smutnecytaty #sam #💔 #dlaciebie #fypシ #miłość #smutek #samotność #cytat #viral #foryoupage #tęsknota #ból”.dźwięk oryginalny - last.._..day_official.
Udostępnij wpis Są takie dni, że wstając z łóżka, zaczynasz odliczać godziny do wieczora. Znasz to? To dręczące uczucie, że nie chcesz, nie masz ochoty, nie wyrabiasz, nie masz pomysłu ani na siebie, ani na otaczający cię świat... Jeśli nie masz dziecka, to ok. Wszyscy to jakoś przeżyją. Gorzej, gdy tego ranka obudzi cię płacz malucha, a ty z zaspanymi oczami odliczasz, ile jeszcze godzin będziesz tego płaczu słuchać. Jakieś 12. OK. Wstajesz z łóżka, uspokajasz malucha, znów spoglądasz na zegarek. I ten zegarek będzie ci dziś cały dzień towarzyszył. To są takie dni, kiedy jeszcze z łóżka nie wstaniesz, a już marzysz o wieczorze. Każda czynność będzie jedynie pretekstem do zabicia czasu, pochłonięciem kolejnych minut dzielących cię z upragnionym wieczorem. Nic cię nie bawi, nic nie satysfakcjonuje, godziny wloką się niemiłosiernie, a ty ze wszystkich sił próbujesz dać im kopa na rozpęd. Zegarek jednak stuka cały czas tak samo. Zegarki zazwyczaj się śpieszą, kiedy ci na tym nie zależy. Ten dzień jest torturą. To właśnie wtedy dowiadujesz się, że wcześniej jedzone całą wieczność śniadanko dziecka tak naprawdę zajmuje tylko 15 minut. Teraz już wiesz, że klockami bawi się grzecznie jedynie 20. Dzięki takim dniom dowiadujesz się, że pofałdowane jelito twojego dnia potrafi się rozciągnąć prawie do pęknięcia strun nerwów. I kiedy już nadchodzi ten moment, kiedy już słyszysz równomierny oddech dziecka, kiedy poczucie niewyobrażalnej ulgi ogarnie twoje ciało... wtedy stwierdzasz, że siedzenie samej w pustym domu też nie jest zabawne. Że wcale nie chcesz oglądać, jak oni śpiewają. Spać jeszcze się nie chce, ale tęsknym wzrokiem spoglądasz na łóżko. Wiesz już, że jedynym ratunkiem na takie humory jest wyłącznie nowy dzień. Szkoda, że czasem nie możemy sobie odświeżyć życia w nowym pliku. Byłoby prościej, prawda? Zdarza wam się czasami wstać z takim humorem? Udostępnij wpis➡A dla wiejskich [choć nie tylko] matek została też stworzona grupa, na którą serdecznie cię zapraszam TUTAJ➡Możesz też udostępnić wpis i skomentować go na Facebooku Jestem o tym, jak uciec z miasta i wychowywać dzieci na wsi, z dala od sklepów, ale bliżej historię znajdziesz TutajAle ona wciąż się pisze, więc zostań ze mną w kontakcie: 18 lipca 2022 Jak wspierać dziecko w nauce języka, żeby utrzymać motywację? Obecne wakacje miały być dla nas resetem. Bez stresu wyjazdów i kolonii. Siedzimy w domu, zwiedzamy okolicę, zajmujemy się naszymi zwierzętami domowymi i ogrodem – teoretycznie nie mamy żadnych obowiązków. Dlatego pojawił się pomysł na zapisanie młodszego syna na kurs językowy w szkole ProfiLingua – by mógł w wakacje uczyć się przez zabawę. Bo jeśli […] 20 czerwca 2022 Moja najbliższa koleżanka depresja. Jak z nią żyję i przeżyję? Hej. Jestem Asia. Od trzech lat mam depresję, stany lękowe i zaburzenia odżywiania. Zdiagnozowano u mnie zespół stresu pourazowego (PTSD) i zaburzenia ze spektrum autyzmu. Oprócz dzieci są to najbardziej stałe elementy mojego życia. Ponad pół roku temu zakończyłam kolejną terapię. Bywa, że wciąż ze zmęczenia śpię po 14 godzin na dobę i jedyne, co […] 27 maja 2022 Kiedy nauczyć dziecko jeździć na rowerze i jak go przekonać, żeby chciał? A kiedy kupisz im pierwsze rowery? A kiedy zaczniesz ich uczyć jeździć na rowerze? A czemu oni jeszcze nie potrafią na rowerze? Kto to widział sześciolatek, a jeszcze nie umie... Taki duży, a jeszcze na biegowym jeździ? Takie teksty towarzyszyły mi bardzo długo i były połączone z różnymi staraniami, żeby zmobilizować dzieci do szybszej nauki […] 24 marca 2022 ZROBIŁAM TO! Stary pokój chłopców zmieniłam na moją własną sypialnię! [metamorfoza z Lenart Meble] Wchodzę do pokoju i rzucam się na łóżko. Pod skórą czuję nową, świeżo wypraną pościel. Wtulam w nią policzek i oddycham głęboko. Leżę na swoim własnym łóżku we własnej sypialni. Tylko mojej. Nie marzyłam o niej. Wyobrażałam sobie raczej to miejsce jako coś, co nigdy się nie zdarzy, bo zawsze będą inne potrzeby. A teraz […] 26 lutego 2022 Szukasz dobrej pralki? Pralko-suszarka Haier i-Pro 7 to sprzęt, który wybrałam – Mamo, ja jej w ogóle nie słyszę... – powiedział mój młodszy syn, który w naszym domu najbardziej lubi prać. – I wszystko widzę, co się dzieje w środku! – ucieszył się, gdy zobaczył, że nowa pralko-suszarka Haier i-Pro 7 ma podświetlenie wewnętrzne. Poszłam za ciosem. Wymieniłam starą przeciekającą pralkę na nową i jeśli czegoś […] 10 stycznia 2022 Dni zniszczone przez siekierę dzieci, kartę do bankomatu oraz komunizm Już w poprzednią niedzielę przebierałam nóżkami, żeby wrócić do publikowania w social mediach. Niestety, wszystko wokół sprzysięgło się, żebym nie była gotowa na publikowanie czegokolwiek. To jest niby proste - napisać coś, kliknąć "publikuj" i z bańki. Tylko jeśli chce się, żeby to wszystko miało ręce i nogi, trzeba swoje przemyśleć. A ja mam plan […] Obserwuj nas na Instagramie instagramfacebook-official
To ważne, że są z Nami - Babcia i Dziadek Z najlepszymi Życzeniami dla kochanych babć i dziadziusiów - maluszki z grupy TYGRYSKI
Wydaje mi się, że choroba i śmierć nie są właściwie niczym poważnym, że są raczej rodzajem próżniactwa. Istota mitu polega na wiecznym powracaniu, poza czasowości, wiecznej teraźniejszości. pisarz niem. (Nobel w 1929 r.), młodszy brat Henryka 1875-1955 Tomasz Mann W naszym życiu nikt nie potrafi nauczyć się rezygnacji z
.